poniedziałek, 3 lipca 2017

"Prawda ukryta w oczach"

Hej! Niespodzianka! ^^ Z góry mówię, jeszcze nie ogłaszam odwieszenia bloga, ale postanowiłam co nieco tu opublikować. Mam dla Was najnowsze opowiadanie, o którym nie napiszę nic więcej, by nie zdradzić za dużo ;P

Zanim przejdziemy do opowiadania, jeszcze parę słów. W międzyczasie miał miejsce Pyrkon. Moją relację znajdziecie tutaj (tym razem w formie filmiku). Dla dla urozmaicenia posta wstawiam również parę zdjęć z konwentu. Od czasu Pyrkonu zaangażowałam się w nową działalność! Mianowicie stworzyłyśmy duet, w którym ja odpowiadam za teksty piosenek (tłumaczenia / oryginalne piosenki / wersje alternatywne) oraz filmy, a moja koleżanka - za śpiew. Rezultaty możecie znaleźć na kanale. Zapraszam! :)

No to teraz parę fotek, po czym życzę Wam miłej lektury!




Siedziałam na schodach, obserwując zmysłowy taniec trzech driad. Z kuszącym uśmiechem na ustach przywoływały odważnych mężczyzn powolnymi ruchami rąk. Gałęzie rozłożystego drzewa rzucały cienie na ich twarze, co nadawało pannom tajemniczego uroku. Na polanę wskoczył nagle młody woj. Zza jego ramienia wystawał kołczan wypełniony strzałami, a w dłoni pewnie trzymał łuk. Młodzian mrugnął wesoło do zgromadzonych i oparł broń o pień. Następnie z błyskiem w oku wyciągnął rękę do najbliższej, a zarazem najniższej driady. Panny, zaprzestawszy tańca, patrzyły na przybyłego z ciekawością. Najniższa z wahaniem podała wojowi swoją dłoń. Ten ucałował ją delikatnie, a następnie gwałtownie przyciągnął dziewczynę do siebie. Jego ręce spoczęły na jej talii. Moment później młodzian podniósł driadę do góry i zakręcił się wraz z nią. Jasne włosy przetykane zielonym nićmi rozwiały się zjawiskowo pod wpływem ruchu. Publiczność nagrodziła całą scenę brawami i okrzykami. Właściwie dominowały głosowe oznaki uznania, jako że większość zebranych w dłoniach trzymała smartfony lub aparaty fotograficzne i z zaangażowaniem uwieczniała każdy moment, odkąd na leśną polanę wkroczyły trzy skąpo ubrane driady.
W tym roku w jednej z konwentowych hal stanęły trzy scenografie, które zgodnie z przewidywaniami cieszyły się sporym zainteresowaniem cosplayerów, jak i fotografów. Obok leśnej polany wprowadzał mroczny nastrój ciemny loch wypełniony niepokojącymi oparami oraz szkieletami wyskakującymi z najniewinniej wyglądającego kąta. Jeszcze dalej znajdowała się wizja futurystycznego miasta, przy której akurat zebrało się kilkoro fanów Gwiezdnych Wojen. Wysoki, szczupły chłopak w brązowym płaszczu rycerza Jedi uniósł właśnie swój plastikowy miecz świetlny, udając, że szykuje się do walki. Cosplayer miał bardzo jasne włosy rozwichrzone tak, jakby dopiero co spędził godzinę na porywistym wietrze. Stojący obok brunet w ciemnym stroju starł się z nim w inscenizowanym pojedynku. Błękitne ostrze spotykało się raz po raz z czerwonym. Parę osób dopingowało walczących ze śmiechem. W pewnym momencie mroczny rycerz wyciągnął dłoń w geście duszenia. Jasnowłosy chłopak dramatycznie złapał się za szyję, wypuszczając broń. Przez dłuższą chwilę udawał rozpaczliwą walkę o życie, aż osunął się na podłogę. Jego przeciwnik dumnie ukłonił się widzom, po czym pomógł wstać koledze. Przybili sobie piątkę.
Blondyn uniósł głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. W przenikliwych oczach nieznajomego zdawały się wirować odcienie szarości. Poczułam się nieswojo. Pospiesznie odwróciłam wzrok, lecz tamten chyba wciąż na mnie patrzył. Wstałam zdecydowanie i ruszyłam schodami na górę. Wkrótce skryłam się w tłumie konwentowiczów podziwiających cuda oferowane tu na różnych stoiskach. Uczucie zagrożenia zniknęło, gdy szłam wśród fantastycznych barw oraz w szumie setek rozmów. Zerkałam na kolorowe koszulki, kubki i inne gadżety z symbolami znanymi z filmów czy gier. Oryginalna biżuteria kusząco odbijała światło. Sprzedawczyni w wiedźmiej sukni nadawała niepokojącego klimatu straganowi pełnemu tajemniczo wyglądających fiolek. Zaraz obok liczne zębatki zdobiły skórzane bransoletki, notesy czy torby. Zresztą warto było patrzeć na sam zebrany tłum. Właśnie minął mnie pstrokato ubrany błazen. W następnej chwili musiałam odsunąć się, by przepuścić grupkę przyjaciół w obszarpanych, post-apokaliptycznych strojach, trzymających wielkie wyrzutnie oraz strzelby. Obejrzałam się za nimi z zaciekawieniem. Na tyle kurtki jednego z nich zobaczyłam naszywkę przedstawiającą kufel pełen piwa.
Gdy znów się odwróciłam, prawie wpadłam na trzy driady, które wcześniej widziałam.
- Hej! - odezwała się wesoło jedna z nich. - Wspólne zdjęcie?
- Masz super włosy – dodała druga. - To peruka czy farba?
Uśmiechnęłam się, nieco zaskoczona tym spotkaniem. Owszem, pod względem przebrania pasowałyśmy do siebie. Wszystkie cztery nosiłyśmy eteryczne, zwiewne spódnice oraz krótkie bluzki – bardziej biustonosze właściwie.
- Tajemnica – odparłam tylko, na co tamte ze zrozumieniem pokiwały głowami.
Ustawiłyśmy się razem, a towarzyszący driadom chłopak zrobił nam kilka zdjęć. Odwrócił następnie aparat wyświetlaczem do nas, byśmy mogły zerknąć na efekt. Trzy driady miały o wiele okazalsze stroje niż mój, wzbogacone o drobne, lecz istotne dodatki takie jak opaski na głowę czy skórzane bransolety. Ich włosy za to nie mogły się równać z moimi, wręcz płomiennymi pasmami, które zdawały się lśnić własnym blaskiem.
- Super, dzięki! Wrzucimy to do sieci.
- Nie ma sprawy. Również dziękuję. - Skinęłam im głową.
- Driady muszą trzymać się razem, co nie?
Położyły swoje dłonie jedna na drugiej, a ja ze śmiechem do nich dołączyłam. Kątem oka dostrzegłam, że ich kolega skorzystał z okazji, by zrobić jeszcze parę zdjęć.
- Musimy lecieć, do zobaczenia! - oznajmiła ta pierwsza.
Pomachałam im na pożegnanie, a po chwili zniknęły w tłumie. Leniwie podeszłam do barierki, by spojrzeć w dół, gdzie tłoczyło się jeszcze więcej stoisk. Postacie z różnych uniwersów mijały się w alejkach. Przesunęłam wzrok poza targi do trzech scenografii. Przed leśną polaną stał tamten jasnowłosy chłopak i rozmawiał z dziewczyną w zbroi mandaloriańskiej. Hełm trzymała pod pachą, więc nic nie zakrywało krótkich, soczyście zielonych włosów. Nagle dziewczyna rozejrzała się. Cofnęłam się gwałtownie, przekonana, że próbuje mnie wypatrzeć. Zganiłam się w myślach. Dlaczego tak wariowałam? Zwykli konwentowicze. Niby dlaczego mieliby się mną interesować?
Ruszyłam znów dalej. Nagle – mimo szumu rozmów, okrzyków, nakładających się dźwięków kroków i ogólnego zgiełku – usłyszałam delikatne dzwonienie. Znieruchomiałam. Parę osób musiało gwałtownie skręcić, by mnie wyminąć, ale uniknęłam nieprzyjemnych słów. Mój wzrok wręcz został przyciągnięty do stoiska z biżuterią. Na wieszaczku wisiała bransoletka z maleńkich miedzianych listków nanizanych na gruby rzemień. To one dzwoniły. Ktoś musiał je potrącić, a teraz uderzały jeszcze o siebie nawzajem. Stałam, nie mogąc odwrócić spojrzenia, póki listki nie przestały się poruszać. Jak zaczarowana, podeszłam do stoiska i kupiłam bransoletkę. Gdy znalazła się na moim nadgarstku, urok wcale nie przestał działać. Nie mogłam zebrać myśli. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, a wszystkie dźwięki zdawały się dochodzić z oddali. Nie zamierzałam jednak zdejmować bransoletki. Wypełniał mnie żar. Mimo wiele odsłaniającego stroju zrobiło mi się gorąco, aż zapragnęłam zrzucić z siebie wszystko.
Potrząsnęłam głową. Odetchnęłam głęboko raz, potem drugi. Ochłonęłam wystarczająco dopiero po kilku łykach zimnego napoju z żelkowymi bąbelkami, który sprzedawali zaraz obok. Sącząc go przez rurkę, opuściłam halę, by przespacerować się na świeżym powietrzu. Chwilę temu, gdy tak dziwnie się poczułam, musiało zachodzić słońce. Teraz robiło się coraz ciemniej, lecz wcale nie brakowało konwentowiczów. Na niewielkim placu szykował się do pokazu zespół wykonujący akrobacje z ogniem. Uderzył mnie zapach dymu. Płomienie migotały w narastającym mroku. Na twarzy poczułam gorący oddech. Barierka uderzyła mnie w pierś. Otrząsnęłam się, nagle zdając sobie sprawę, że zupełnie nieświadomie przeszłam spory kawałek drogi i znalazłam się tuż obok rozpalonego ogniska odgrodzonego barierkami. Cofnęłam się pospiesznie, a płomienie jakby przygasły zawiedzione. Niedaleko dwóch chłopaków ćwiczyło układ z łańcuchami zapalonymi na końcach. Całą siłą woli odwróciłam wzrok.
Udałam się w przeciwnym kierunku, byle szybciej, byle wrócić do normalności. Z jednej z dużych hal dobiegła mnie głośna muzyka. Uznałam, że mogę spędzić wieczór na koncercie. Gdy się zbliżyłam, przekonałam się, że piosenki nawiązują do starych czasów. Zajęłam miejsce z tyłu, słuchając o wiłach kuszących mężczyzn w Noc Kupały. Zdołałam chwilowo zapomnieć o dziwnych przypadkach tego dnia, lecz nie trwało to długo. Wkrótce spostrzegłam niedaleko rosłego chłopaka. Czarna koszulka ze srebrnym wilkiem ciasno opinała nieźle zbudowaną klatkę piersiową. Nieznajomy patrzył prosto na mnie. Dzikość w jego oczach sprawiła, że instynktownie wbiłam się głębiej w plastikowe krzesło. W efekcie straciłam równowagę i wywróciłam się do tyłu. Boleśnie trafiłam łokciem o podłogę, lecz szczęśliwie nic więcej nie ucierpiało. Siedząca obok dziewczyna z troską pomogła mi wstać i upewniła się, że wszystko w porządku. Podziękowałam, zapewniając, że jestem cała. Obity łokieć w końcu się zagoi. Gdy spojrzałam znów na chłopaka w czarnej koszulce, ten obserwował koncert. Westchnęłam ciężko. Naprawdę wariowałam.
Uznałam, że lepiej po prostu zakończyć ten dzień. Niezbyt późna pora pomoże mi chociaż ominąć największe kolejki pod prysznic. Nie pomyliłam się w tych rachunkach i już godzinę później, świeża i pachnąca, wracałam na swoje legowisko w wielkiej hali noclegowej. Na moim śpiworze leżała szara karteczka. Podniosłam ją ze zdziwieniem. Czarnym atramentem wypisano skandynawskie runy. Znałam ich kilka wersji i żadna nie pasowała do tego tekstu, lecz na bazie podobieństwa udało mi się odszyfrować wiadomość: „Wiem, kim jesteś. Przyjdź na plac zabaw rycerskich.”. Przeklęłam pod nosem. Ten dziwny dzień miał się skończyć! Ze złością podarłam karteczkę i usatysfakcjonowana obserwowałam opadające szare kawałeczki przypominające popiół. Moment później uświadomiłam sobie, że nie powinnam śmiecić. Z mniejszym entuzjazmem zebrałam więc resztki kartki i wyrzuciłam do kosza. No i koniec. Teraz wystarczy spokojnie się wyspać, a jutrzejszy dzień powita mnie normalnością.
Ułożyłam się wygodnie w śpiworze. Nie dość, że jeszcze nie wyłączono świateł, po hali niósł się szum mieszających się głosów, na który nakładało się stukanie nielicznych naczyń oraz szelesty śpiworów. Z rzadka ktoś krzyknął coś głośno lub potwornie fałszując, wykonał jakąś przyśpiewkę. Dominował jednak ten jednostajny szum, z którego nie dało się wychwycić żadnych słów. Gdy zmieniałam pozycję, zadzwoniły miedziane listki na bransoletce, która wciąż zdobiła moją dłoń. W dalszym ciągu nie chciałam jej zdejmować.
Część świateł została w końcu zgaszona, a konwentowicze zaczęli zachowywać się nieco ciszej. Szum zdawał się wręcz kołysanką, która uspokajała niepokorne, szalejące myśli. W szumie rozległ się szept: „ognica – złośnica”. Przewróciłam się na drugi bok, delikatnie podzwaniając bransoletką. „Ognica – złośnica” - rozbrzmiało znowu. Zacisnęłam powieki ze złudną nadzieją, że to odpędzi omamy nawet słuchowe. „Lepiej się jej strzeż” - zanuciło coś tuż przy moim uchu. Otworzyłam oczy. Leżałam sama. Karimatę dalej chłopak z dziewczyną cichutko dzielili się herbatą z termosu i wątpiłam, by to oni robili mi głupie dowcipy. Przymknęłam znów powieki. Leżałam jeszcze trochę nerwowo, aż udało mi się uspokoić i zatonąć w sen.

Ognica – złośnica!
Płomienna obietnica.
Nocna tajemnica.
Lepiej się jej strzeż!

W oczach tańczą dziko płomienie,
Co skażą cię na potępienie.
Dobrze wie, jak taniec jej działa,
Spowita w ognisty blask cała.

Biegnie, gdy zachodzące słońce barwi czerwienią cały las. Trawa i mech łaskoczą jej bose stopy. Ogniste włosy sypią iskry w narastającym mroku. Szczupłe ciało osłania lniana, przetarta koszula sięgająca ledwie połowy uda. Ale dziewczyna nie czuje chłodu. Wzywa ją żar pierwszego zachodu słońca po przebudzeniu.
Rozpościera ręce. Migoczą płomyki tańczące na jej palcach. Wilgotne powietrze wciska się do jej płuc, lecz wydostaje się ogrzane. Biegnie, nie czując zmęczenia. Słońce zaszło. W ciemności lśnią jej włosy i drobne iskry przeskakujące po ciele.

Ognica – złośnica!

Powstrzyma psoty oraz szkody
Napitek i coś do osłody,
By schowała się na rok cały,
Przyszła tylko na Nocy Kupały.

Płomienie strzelają pod samo niebo upstrzone gwiazdami. Na trawie leżą częściowo opróżnione butelki z gorzałką i misy pełne okruszków po słodkich ciastkach. Pot lśni na nagich ciałach dziewcząt tańczących wokół ogniska w rytm muzyki lasu i ognia. Wirują, pieszczotliwym gestem głaszcząc płomienie. Goreją ich zamglone oczy.

Ognica – złośnica!

Jeśli zwiedziesz się jej urodzie
I choć raz o słońca zachodzie
Ust jej gorących posmakujesz,
Już się nigdy nie uratujesz.

Wymyka się z bezpiecznego schronienia, w którym powinna zostać do najgorętszej nocy. Biegnie lekko, cicho. Gałęzie zdają się od niej oddalać, jakby obawiały się żaru. Gdy słońce chyli się ku zachodowi, dociera na małą polankę nad jeziorem. Wpada w objęcia czekającego tam młodzieńca. Kręcą się razem i obejmują. Gdy młodzieniec próbuje ją pocałować, dziewczyna odsuwa się gwałtownie.
- Jeszcze nie – przypomina mu cicho, wskazując na zachodzące słońce.
Ten jednak próbuje pochwycić dziewczynę, aby sięgnąć jej ust. Nie potrafi dopiąć swego, aż nie obejmie ich czerń nocy. Dopiero wtedy całują się czule, potem namiętnie. Jego dłonie błądzą po jej gorącym ciele. Jej oczy błyszczą w mroku. Młodzieniec przerywa na chwilę.
- Mam coś dla ciebie – szepcze jej do ucha.
Nakłada jej na rękę bransoletkę z miedzianych listków. Dziewczyna potrząsa dłonią, wywołując delikatnie dzwonienie. Uśmiecha się radośnie i całuje znów chłopaka.
- Kocham cię – mówią do siebie w tym samym momencie.

Ognica – złośnica!

Jeśli nie zatańczysz z nią w nocy,
Ujrzysz siłę żarliwej mocy.
Ognista duma urażona
I na nic zda się twa obrona.

Wymyka się na polanę przy jeziorze. Nikt na nią nie czeka. Stoi, aż zachodzące słońce nie zniknie za horyzontem, lecz nadal jest sama. Rusza biegiem przez las. Miedziane listki podzwaniają na jej nadgarstku. Ukryta przez mrok, dociera do wioski. Z jednej z chat dobiega dziecięcy śpiew: „Nocna tajemnica. Lepiej się jej strzeż!”. Krzywi się, ale nie zatrzymuje. Bezszelestnie obiega wioskę, wypatrując młodzieńca.
Nagle czuje szept ognia. Słyszy go. Wzywa ją. Skręca gwałtownie. Wolniejszym krokiem idzie za głosem. Wkrótce między krzewami dostrzega ledwie widoczny poblask latarenki. Zbliża się ostrożnie. Nad brzegiem rzeczki widzi młodzieńca i wioskową pannę. Całują się namiętnie. Jego dłoń wciska się pod jej sukienkę.
Krzew koło dziewczyny zapala się z głośnym trzaskiem. Młodzieniec i panna odrywają się od siebie. Przerażony młodzieniec patrzy na dziewczynę, odsuwając pannę do tyłu.
- Nie denerwuj się… - mamrocze, lecz przerywa na widok płomieni wspinających się od palców po rękach dziewczyny.
Jej oczy goreją. Kolejny krzew zajmuje się od iskier wyrzucanych przez falujące dziko włosy. Młodzieniec chwyta pannę za rękę i ucieka za rzekę. Dziewczyna go nie ściga, nie musi. Jego latarenka wybucha rozwścieczonym ogniem.

Ognica – złośnica!
Płomienna obietnica.
Nocna tajemnica.
Lepiej się jej strzeż!

Obudziłam się gwałtownie, rozpalona snem. Przetarłam spocone czoło. Nie cierpiałam tych koszmarów. Najwyraźniej za dużo się wczoraj działo i stąd niespokojna noc. Zapatrzyłam się w wysoki sufit hali. Zdałam sobie sprawę, że nie słyszę żadnych rozmów. Najwyraźniej nadeszła ta magiczna chwila, gdy wszyscy konwentowicze usnęli. Echo niosło jedynie równe oddechy, pochrapywania oraz szelesty śpiworów. Senne obrazy rozwiewały się stopniowo, aż pozwoliły mi zdrzemnąć się jeszcze trochę.
Rano powitał mnie znów zwyczajny szum. Jadłam bułkę z dużą ilością kremu czekoladowego, obserwując innych pożywiających się konwentowiczów, nieszczęśników stojących w kolejce pod prysznic oraz cosplayerów nakładających czasem dość skomplikowane stroje. Czułam się rozluźniona i radosna, póki mój wzrok nie padł na parę szarych skrawków papieru, które musiałam wczoraj przeoczyć. Przypomniał mi się tajemniczy napis. Spróbowałam szybko wypchnąć go z myśli, lecz nie okazało się to łatwym zadaniem.
Dzisiaj nie miałam ochoty rzucać się w oczy, więc włożyłam zwykłe bojówki i bluzę. Włosy wciąż mogły przyciągać wzrok charakterystycznym kolorem, lecz ostatecznie wiele dziewczyn tutaj miało pasma o dziwnej barwie. Złapałam je gumką, by przynajmniej zajmowały mniej miejsca. Wykrzesując z siebie entuzjazm na nowy dzień, wyszłam z hali na ciepłe, wiosenne powietrze. Przed południem zagościłam na kilku prelekcjach, lecz po głowie wciąż krążył mi obraz znalezionej wczoraj kartki. W końcu się poddałam i udałam na plac zabaw rycerskich. Znajdował się tutaj przede wszystkim tor przeszkód nawiązujący do średniowiecza, lecz organizatorzy postarali się także o dodatkowe atrakcje takie jak równoważnia, na której dwóch śmiałków okładało się workami z pierzem. Dominował śmiech i głośne okrzyki dopingujące tych, którzy postanowili skorzystać z przygotowanych wyzwań.
Rozejrzałam się, nie wiedząc, czego powinnam szukać. Przy kępie klimatycznego siana spostrzegłam zielonowłosą cosplayerkę w zbroi mandaloriańskiej, rosłego chłopaka w nieco innej niż wczoraj czarnej koszulce z wilczym symbolem oraz urokliwą blondynkę delikatną niczym pojedyncze źdźbło zboża. Rozmawiali o czymś z ożywieniem. Pospiesznie wycofałam się gdzieś w głąb tłumu, by na wszelki wypadek zniknąć im z oczu.
Jakby prowadziło mnie przeznaczenie, już moment później stanęłam przed grubym słupem, na którym prócz plakatów fantastycznych inicjatyw znajdowała się znajomo wyglądająca szara kartka. Podobne runy kryły równie niejasną wiadomość: „Znam twoją tajemnicę. Przyjdź do prawego skrzydła hali trzeciej.”. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam, co się działo, ale postanowiłam pójść tym tropem. Rozejrzałam się z niepokojem, lecz w tej chwili nikt nie zdawał się mnie obserwować. Wcisnąwszy dłonie do kieszeni bluzy, ruszyłam do hali trzeciej. Niedługo później zeszłam po schodach do prawej, nieco ukrytej części, którą przy odrobinie dobrej woli można nazwać „skrzydłem”. Powitał mnie pusty korytarz oraz samotne drzwi do sali prelekcyjnej. Nad klamką przyklejono spory napis: „Nie przeszkadzać! Trwa LARP!”. Zbliżyłam się do powieszonej obok rozpiski punktów programu odbywających się w tym miejscu. Gdy przeczytałam „Wiem, kim jesteś – LARP w klimacie skandynawskich kryminałów”, dostałam ataku histerycznego śmiechu. Te kartki zapraszały na grę fabularną. Zapewne komuś po prostu wypadł egzemplarz przy moim śpiworze. A ja głupia się tym przejęłam. Z szerokim uśmiechem na twarzy opuściłam halę i udałam się wesoło po świeżutkie, jeszcze ciepłe, słodkie ciastka.
Resztę dnia spędziłam, radośnie biegając po terenie konwentu i siedząc na co ciekawszych wykładach. Już pod wieczór trafiłam na prelekcję poświęconą tematowi Nocy Kupały w popkulturze. Zajęłam miejsce nieco z tyłu. Kolejne krzesła zapełniały się przybywającymi konwentowiczami. Gdy akurat zerkałam na wejście, ujrzałam chłopaka z rozczochranymi, jasnymi włosami. Podobnie jak wczoraj, miał na sobie brązowy płaszcz Jedi, lecz spod niego wystawały zwykłe dżinsy oraz koszulka. Brakowało również miecza świetlnego. Poczułam ukłucie niepokoju. Przerażenie nadeszło, gdy chłopak usiadł bezpośrednie przy mnie. Odetchnęłam powoli. Przecież nie miałam powodów do obaw.
Dwie prelegentki wprowadziły beztroski nastrój, który udzielił się także mnie. Szczególnie, że chłopak obok śmiał się sympatycznie i czasem rzucał żartobliwe uwagi. Gdy wykład się skończył, razem wyszliśmy z budynku. Właśnie zaczynało zachodzić słońce. Mimo chłodu zrobiło mi się gorąco, więc zdjęłam bluzę i zawiązałam ją w pasie. Roześmiałam się, gdy mój towarzysz opowiedział kolejny głupi dowcip nawiązujący do Nocy Kupały.
- Jestem Świemił – oznajmił nagle, wyciągając do mnie rękę. - A ty… - Zerknął na mój konwentowy identyfikator zawieszony przy pasie – Myla?
- To skrót… w pewnym sensie – mruknęłam, nieco onieśmielona.
- Miło mi cię poznać, Myla – rzekł wesoło.
Jego uśmiech sprawił, że dobry humor powrócił.
- Ciebie również – odparłam uprzejmie, ściskając jego dłoń. - Więc… gdzie podziałeś swój miecz? - zagaiłam.
- Ach, zostawiłem w hali… to znaczy… - Odchrząknął. - W świątyni Jedi, oczywiście – dokończył głosem pełnym powagi.
- Oczywiście – przytaknęłam z rozbawieniem.
Szliśmy leniwym krokiem między halami. Słońce jeszcze zachodziło, choć w środku miasta nie czuło się tego szczególnie.
- A gdzie ty zostawiłaś swój uroczy strój? - zrewanżował się Świemił.
- Ten jest… wygodniejszy – wymamrotałam, znów tracąc rezon.
- Ale w tamtym wyglądałaś ślicznie… Co nie znaczy, że teraz nie wyglądasz ślicznie – poprawił się szybko żartobliwym tonem.
Nawet nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Spuściłam wzrok, a w następnej chwili poczułam na ustach smak jego warg. Czerwień zachodzącego słońca rozgorzała w mojej piersi. Włosy ożyły, sypiąc iskry. Na moment moja pierwotna natura przejęła pełnię kontroli, rozkoszując się pocałunkiem, lecz zaraz przerażenie zdominowało wszystko inne. Panicznie odepchnęłam od siebie chłopaka, choć wiedziałam, że już na to za późno. Lękliwie spojrzałam na jego twarz, gotowa na widok czarnych, pustych oczy. Naprawdę nie chciałam odebrać życia tego chłopaka poprzez uczynienie z niego niewolnika moich życzeń. Nigdy dla nikogo tego nie chciałam. Tymczasem ukazały mi się oczy wypełnione powietrznym wirem, a usta uśmiechały się bezczelnie. Mimowolnie cofnęłam się o krok. Chciałam coś powiedzieć, lecz ostatecznie żadne słowo nie przeszło mi przez gardło.
- Nie bądź zła – poprosił głosem, któremu trudno było się oprzeć. - Musiałem się upewnić, że moje podejrzenia są słuszne. Poza tym… nigdy nie miałem okazji pocałować ognicy.
- Ale… Ty… - wydukałam i znowu zamilkłam.
- Tak. - Skinął głową. - Musiałem to zrobić teraz, żeby wywołać u ciebie odpowiednią reakcję. Nie sądziłem, że tak cię to przerazi. Sądziłem, że niewolenie chłopców to dla was nic nadzwyczajnego.
- Nie robię tego – wycedziłam ostro.
- Dobra, dobra – zgodził się ugodowo. - Ale bez obaw. Na mnie nie zadziała.
Przyjrzałam mu się podejrzliwie. Uśmiechnął się szerzej, a nagle mocny wicher uderzył mnie w twarz i wyrwał spod gumki płomienne kosmyki.
- Gdy ja jestem na konwencie, możesz być spokojna, że nie zacznie padać w nieodpowiednim momencie – rzucił znacząco. - Chodź, poznasz resztę. Rozluźnisz się. Jest tu fajne miejsce niedaleko.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, bezceremonialnie złapał moją dłoń i pociągnął mnie za sobą. Nawet z tym nie walczyłam. Dałam się poprowadzić poza obręb konwentu, aż do pobliskiego baru. W półmroku nadawały klimatu fantazyjnie ułożone lampki oraz świeczki. Przy stołach siedziało sporo konwentowiczów popijających piwo i drinki. Unoszący się w powietrzu dym przemieszany z zapachem alkoholu przywoływał wspomnienia.
Świemił stanął przed jednym ze stołów i przyciągnął mnie bliżej.
- To Myla – przedstawił mnie zebranemu towarzystwu.
Ujrzałam znajomą dziewczynę o krótkich, soczyście zielonych włosach, która zastąpiła zbroję krótką sukienką w liściasty wzór. Obok siedziała blada blondynka – ją również już widziałam. W tym ciemnym pomieszczeniu jej jasna cera zdawała się wręcz chorobliwa. Odczucie to potęgowała jeszcze biała koszula z kaszubskim wzorem. Z uszu dziewczyny zwisały kolczyki w kształcie kłosów zbóż. Przy stole nie zabrakło rosłego chłopaka o aurze dzikości, z wilczym symbolem. Teraz doszłam do wniosku, że ten symbol mógł nawiązywać nie tylko do pewnego białowłosego wojownika.
Uśmiechnęłam się nieśmiało. Powietrze między nami zadrgało, gdy pozwoliliśmy sobie na ujawnienie choć odrobiny naszych skrytych natur. W półmroku nikt nie zwrócił uwagi na osobliwe oczy pięciorga konwentowiczów.

piątek, 10 marca 2017

Zawieszenie

Hej! Nadeszła ta chwila... Zawieszam bloga. Zawsze chciałam prowadzić takiego bloga i fajnie było to robić, ale zwyczajnie nie starcza mi czasu, a małe zainteresowanie nie daje wystarczającej motywacji. Łączę pracę z dziennymi studiami, co nie jest najłatwiejsze. Piszę pracę magisterską, a do tego dochodzą różne kwestie osobiste, które również wymagają poświęcenia pewnej ilości czasu. Koniec końców zostaje go naprawdę niewiele... Tymczasem nie chcę wrzucać byle czego. Gdy np. zamieszczałam tu post w rodzaju artykułu o jakimś temacie, zawsze szukałam w sieci informacji i potwierdzenia tego, co sądzę, że wiem. Po prostu, jak coś robię, chcę to robić dobrze. A obecnie zupełnie brakuje mi na to siły. Cały zapał przeznaczam raczej na pracę magisterską, którą chciałabym oddać w terminie i zakończyć studia. Czasem jeszcze znajdzie się chwila i wena, by skrobnąć jakieś opowiadanie, ale i to bardzo rzadko.

Także... cóż, zawieszam bloga. Czy powrócę do niego po skończeniu magisterki? To się okaże, nic nie mogę obiecać. Na pewno nie napiszę jednak "żegnajcie", tylko "do zobaczenia" ;)

Gorąco dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądali, szczególnie tym, którzy zostawili po sobie ślad, a już najbardziej tym, którzy zostawili po sobie niejeden ślad. Dzięki!

Zawieszenie bloga nie oznacza jednak odejścia z sieci :)

Możecie skontaktować się ze mną przez facebooka: Anna Anelis Telis

Pozostaje również aktywny fanpage, na którym zamierzam jeszcze co jakiś czas napisać może mały post o bieżących sprawach: Spod czerwonego kapturka

Zapraszam również na dość świeży kanał na YouTube (Anna Telis), gdzie spełniam się w innej swojej pasji, czyli montowaniu (i generalnie tworzeniu) filmików. Może się to wydać dziwne, ale montowanie jest wręcz dla mnie odprężające, podczas gdy pisanie czegokolwiek jest znacznie bardziej wymagające :P

Jeżeli w międzyczasie skrobnę jakieś opowiadanie warte opublikowania, znajdziecie je na stronie fantastyka.pl, gdzie publikę jako Anelis.

I oczywiście zamierzam pojawiać się na konwentach, gdzie może także czasem poprowadzę jakąś prelekcję. Zależnie od możliwości, planuję Pyrkon i Polcon, a może uda się jeszcze np. Copernicon albo jakiś festiwal. Także rozglądajcie się Czerwonym Kapturkiem w różnych postaciach ^^


czwartek, 9 lutego 2017

"Elena"

Hej! Dzisiaj przedstawiam Wam moje opowiadanie o krótkim tytule "Elena". Słowem wstępu... Wstawiam cały tekst od razu, bez podziału na części, bo trzeba to przeczytać jednym ciągiem, żeby zrozumieć. Mam jednak nadzieję, że podołacie zadaniu ;) Pokusiłam się tutaj o niestandardową formę, z jakiego to powodu niestety "Elenę" odrzucił "Smokopolitan", do którego wysyłałam ją jako propozycję do publikacji. No i tak to właśnie w tym świecie jest. Albo twierdzą, że zbyt banalne i standardowe, albo mówią, że zbyt skomplikowane i niezrozumiałe ;P Niemniej to bardzo miłe, że "Smokopolitan" odpisuje autorom nadesłanych propozycji i to nawet z paroma zdaniami komentarza.

Nie będę już więcej pisać na temat opowiadania, żeby przypadkiem nie zrobić spoilerów. Miłej lektury! :)


Od przeciętnej wieży magów tę wyróżniają otwory na karabiny. Od dawna ich nie używano, ale podczas początku najazdu, gdy magów jeszcze nie było tu dużo, korzystali z usług zwykłych najemników z tego świata.
Robert odsunie się od szczeliny w deskach, by spojrzeć na siostrę.
- Nawet nie masz pewności, że ona tam jest! - stwierdzi Monika z irytacją.
Robert domyśli się jednak, że pod tą irytacją czai się lęk. Wbrew sobie raz jeszcze zerknie przez szczelinę na piętrzącą się więzienną wieżę rozjarzoną blaskiem rzuconych na nią zaklęć.
- Jeżeli jest szansa, że tam jest, to muszę to sprawdzić - utnie, ważąc w dłoni pistolet.
Za oknem znów zacznie padać. Jak przez cały ten dzień. Słońce tylko z rzadka gdzieniegdzie wyjrzy zza ciemnych chmur.
Robert wstanie zdecydowanie i pierwszy ruszy do drzwi. Jego młodsza siostra bez słowa podąży za nim. Wyjdą na deszcz, a potem przemkną do murów wieży. Mężczyzna z obrzydzeniem wyjmie zaklęte rękawice do wspinaczki. Poczuje pewną satysfakcję z użycia znienawidzonej magii przeciw magom. Obok Monika wskoczy już na pionową ścianę muru. Jej rękawice bez problemu przykleją się do śliskiej powierzchni. Robert ruszy w ślad za siostrą, a wkrótce ją wyprzedzi. Zdążą wspiąć się już na dobre kilka metrów, może nawet dziesięć, nim poczują znajomą woń przypominającą zapach spalenizny - starcie zaklęć.
Nie pozostanie im wiele czasu. Robertowi tylko przemknie przez myśl, że przecież Marcin zarzekał się, że same mury nie są pokryte zaklęciami. A potem oboje stracą oparcie w rękawicach i pomkną w stronę twardej, zbyt odległej ziemi.

*

- Robert? Znalazłam ją - mówi do telefonu, starając się brzmieć spokojnie.
- Kogo?
- Rię.
W słuchawce zapada cisza. Monika czeka cierpliwie, ściskając w dłoni swoją komórkę.
- Gdzie ona jest? W jakim stanie? - odzywa się w końcu Robert głosem tak obojętnie zimnym, że aż przerażającym.
- Wygląda na to, że… mhm… wszystko z nią w porządku. Z zewnątrz. Jestem na placu Zniewolenia.
Jej wzrok mimowolnie wędruje ku tabliczce na okazałym pomniku. Wyraźne, stylizowane na dawne litery układają się w słowa:

PLAC WYZWOLENIA
MAGIA NIESIE WOLNOŚĆ

- Mogę z nią porozmawiać?
Monika spogląda znów na czarnowłosą, młodą kobietę stojącą w cieniu przystanku. Przygryza wargę. Wie, że będzie musiała wyjaśnić bratu, co dokładnie widzi, ale naprawdę woli mu nie mówić.
- Obawiam się, że teraz… mhm… to niezbyt możliwe.

*

Robert z nienawiścią spojrzał na maga puszącego się na postrzępionym, wyblakłym plakacie. Ta jego dumna mina. Oczy rozświetlone magicznym blaskiem. Też coś. Robert jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego u żadnego maga. No i dostojna szata. Może kiedyś, w swoim świecie takie nosili, jednak tutaj błyskawicznie przestawili się na współczesne ubrania. Większość upodobała sobie garnitury, ale zdarzali się i tacy, którzy chodzili po prostu w dżinsach i koszulkach. Tym, co na plakacie najbardziej zgadzało się z rzeczywistością, była kula energii w dłoniach, lecz także i ona została przekłamana. Tak naprawdę wcale nie miały wyrazistej barwy. Wręcz przeciwnie, z reguły dostrzeżenie ich w świetle dostarczało pewnych problemów przezwyciężanych przez doświadczenie.
Robert gwałtownym ruchem rozdarł plakat, choć ujrzenie go zniszczonego na podłodze wcale nie poprawiło mu humoru. Jak ludzie mogli trzymać podobizny magów w pokojach? Wtedy jeszcze nikt ich nie znał… Byli tylko wymysłem, fikcyjnymi postaciami. Od tamtej pory świat się zmienił.
Potrząsnął głową, zabierając się do pracy. W ciągu tych blisko dziesięciu lat, które minęły od wybuchu wojny, większość domów została ogołocona z przydatnych przedmiotów. Budynki wciąż jednak kryły zapomniane drobiazgi.
Przetrząsnął regały i szuflady, zajrzał pod meble. Udało mu się znaleźć kilka starych książek – umożliwią poznanie wiedzy nieprzekłamanej przez magów. Zapomniane zeszyty, ołówki oraz kredki też się przydadzą, choć nie przedstawiały dużej wartości.
Pod łóżkiem dostrzegł błysk, a po chwili wyjął srebrny pierścień ukształtowany na wzór smoka owijającego się wokół palca. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. Rii może się spodobać. Uwielbiała smoki. Z niejasnych przyczyn magowie nie cierpieli smoków, a dla Roberta to już byłby bardzo dobry powód, by je lubić. Ria oczywiście nigdy nie widziała prawdziwego smoka. Do tej pory pozostały wątpliwości, czy one w ogóle istnieją. W świecie, z którego pochodzili magowie, pewnie występowały, choć Robert nie znał nikogo, kto mógłby to potwierdzić.
Mężczyzna schował pierścień do kieszeni i wyszedł w końcu na ulicę. Znajdował się na cmentarzysku dawnych czasów. Blokowisko musiało kiedyś tętnić życiem. Wyobraził sobie ściany pomalowane żywymi barwami, a nie wyblakłe i z odpadającym tynkiem. Wyobraził sobie dzieci bawiące się na kolorowym placu zabaw…
Za plecami usłyszał przeraźliwie skrzypienie - niepokojąco głośne w panującej ciszy. Odruchowo dopadł ściany, wyjmując pistolet. Wyjrzał zza osłony. Na niedalekim, zniszczonym placu zabaw dostrzegł dziewczynę. Siedziała na powyginanej huśtawce i nieśpiesznie odpychała się nogami od ziemi. Robert uniósł brew.
Dziewczyna, na oko piętnastoletnia, nie wyróżniała się niczym prócz niewymuszonego uśmiechu i radosnego blasku w oczach. Blond włosy nosiła spięte w kucyk, lecz wiatr przemykający pomiędzy martwymi blokami wyrwał niektóre kosmyki spod gumki i teraz plątał je wokół jej twarzy. Postrzępione bojówki oraz wytarta kurtka nosiły ślady długiego używania.
Robert obserwował dziewczynę przez chwilę, po czym wsunął pistolet do kabury przy udzie. Rękę zapobiegawczo trzymał jednak w pobliżu broni, gdy zmierzał ku nieznajomej. Zdawała się go nie zauważać, huśtając się leniwie i rozglądając na boki. Towarzyszyło jej równomierne, wręcz ogłuszające skrzypienie. Mężczyzna sądził, że obca w ogóle go nie dostrzegła, lecz gdy się zbliżył, spojrzała prosto na niego. W jej oczach nie ujrzał nawet śladu zaskoczenia, tylko przygasły lekko, wcześniejszy radosny blask.
- Cześć - odezwał się z braku innych pomysłów.
- Cześć - odparła pogodnie.
Przestała się huśtać i teraz patrzyła na niego. Przez jej wzrok… jakoś czuł się nieswojo.
- Kim jesteś? - zapytał.
Zaśmiała się cicho, a w tym śmiechu pobrzmiewały smutne nuty.
- Sobą. - Wzruszyła ramionami.
Robert przewrócił oczami.
- Co tu robisz? - Spróbował od innej strony.
Znowu zaśmiała się tak charakterystycznie - wesoło i smutno jednocześnie.
- Siedzę.
Ciężki przypadek, westchnął w duchu.
- Ta… To widzę - mruknął. - Jesteś tu sama? Gdzie są twoi krewni? Przyjaciele? - drążył.
- Nie ma ich.
Straciła bliskich, domyślił się.
- Długo już jesteś sama?
Odpowiedziała wzruszeniem ramion.
- Jak masz na imię? - spytał jeszcze.
- Oni mówili na mnie Elena.
Po jej ustach przemknął tęskny uśmiech.
- To… Eleno… mieszkasz gdzieś?
- Tu i tam.
- Jaaasne… Czyli masz, gdzie mieszkać? Masz, co jeść?
Zaśmiała się znowu tak dziwnie.
- Radzę sobie.
- Będziesz tu jutro?
Skinęła głową.
- Przyjdę jutro - zdecydował. - Czekaj tutaj na mnie, dobrze?
Przytaknęła jakby nieco sennie, a jej spojrzenie lekko zmętniało.
Robert podejrzewał, że Elena jest całkiem sama już od dłuższego czasu. Nic więc dziwnego, że najwyraźniej samotność w jakimś stopniu pomieszała jej w głowie… Kolejna niewinna ofiara magów. Chciałby pomóc dziewczynie, jednak nie mógł tak po prostu przyprowadzić obcą do Domu. Postara się o pozwolenie i zobaczy, co z tego wyjdzie.
- To do zobaczenia - pożegnał ją niepewnie.
Musiał iść. Jeszcze w Domu pomyślą, że coś się stało. Skoro Elena przeżyła już trochę, powinna przetrwać do jutra. Cmentarzysko nie było niebezpiecznie, było… opustoszałe. Owszem, zdarzało się spotkać tu zwierzęta, lecz większość nawet, jak zobaczyła człowieka, raczej nie atakowała.
- Do zobaczenia - odparła Elena przy akompaniamencie skrzypienia huśtawki, którą znowu wprawiła w ruch.
Robert zerknął jeszcze na nią z wahaniem. Wreszcie potrząsnął głową i ruszył w drogę. Po półgodzinnym marszu przez wymarłą okolicę znalazł się w pobliżu miasta. Choć wspomnienia się zacierały, wciąż pamiętał szklane wieżowce, niegdyś panujący ruch. Teraz, za panowania magów, dominowały niewysokie bloki, a z wielu kominów sączył się dym. Elektryczność czy gaz zmieniły się w rzadki luksus. Magowie nie cierpieli technologii z tego świata.
Robert skręcił w las, który dawno temu był parkiem. Wkrótce sekretnym przejściem dostał się do podziemnego Domu urządzonego w zapomnianym schronie. Wpierw poszedł do kuchni, skąd dochodził kuszący zapach herbaty. Wkrótce urzędująca tam Zosia poczęstowała go kawałkiem ciastopodobnej masy oraz kubkiem gorącego napoju.
- Jak poszło? - zainteresowała się.
- Coś tam znalazłem. Są dziewczyny?
- Tak, niedawno przyszły. Oczywiście już pobiegły na salę treningową – odparła z rozbawieniem. - Sprawdź, czy się nie pozabijały, a ja wracam do Damiana. Może w końcu uda nam się odpalić tego starego kompa…
- Powodzenia – życzył szczerze, a Zosia skinęła mu głową z uśmiechem, wychodząc na korytarz.
Robert dokończył posiłek, po czym udał się do sali treningowej. Tę szumną nazwę pomieszczenie zawdzięczało jedynie paru pocerowanym materacom na podłodze oraz zmontowanej samodzielnie ławce. Mężczyzna postawił plecak pod ścianą, obserwując pojedynek swoich dwóch ukochanych dziewczyn. Monika, jego parę lat młodsza siostra, miała brązowe włosy - podobnie jak on. Ścinała je krótko, by się w nic nie wplątywały. Z kolei rówieśniczka Moniki i jej przyjaciółka ze szwalni, Ria nigdy nie pozwoliłaby, by ktoś pozbawił ją długich do ramion, kruczoczarnych włosów. Teraz spięła je w kucyk, by nie przeszkadzały podczas ćwiczeń.
Obie dziewczyny oddychały już ciężko od wysiłku, a po ich twarzach spływał pot, ale wciąż wymieniały ciosy. Robert splótł ręce na piersi i oparł się o ścianę. W tym właśnie momencie Monika podcięła nogi przyjaciółce. Ria z cichym jękiem - bardziej zawodu niż bólu - uderzyła o materac.
- O, cześć, braciszku! - zawołała Monika radośnie, dostrzegłszy przybyłego.
- Hej! - Pomachała mu pokonana, nie wstając.
- Cześć. - Robert uśmiechnął się z rozbawieniem.
Podszedł do swojej dziewczyny i podniósł ją na nogi.
- Mam coś dla ciebie, moja Adrianno - powiedział cicho, pocałowawszy ją lekko.
- Jestem Ria! Ria! Nie Adrianna! - odparła zadziornie.
Nie przepadała za swoim pełnym imieniem, a Robert lubił ją drażnić.
- W dokumentach masz Adrianna - droczył się dalej.
- Jestem Ria!
Zanim zdążył się przygotować, dziewczyna wykonała na nim zapewne ćwiczoną wcześniej dźwignię. Robert, upadając, zdążył jednak ją złapać. Na podłodze wylądowali więc razem. Roześmieli się oboje. Usiadłszy, Ria odgarnęła sobie włosy z twarzy. Mężczyzna mógłby bez końca patrzeć na jej uśmiech, na jej błyszczące oczy...
- To co tam dla mnie masz? - zapytała z ciekawością.
Robert podniósł się również i wyjął z kieszeni smoczy pierścień. Podał go dziewczynie. Z przyjemnością patrzył, jak na jej twarzy odmalowuje się zachwyt.
- Jest piękny! Dziękuję!
Wsunęła prezent na palec, po czym objęła swego chłopaka i złożyła na jego ustach długi pocałunek.
- A dla mnie braciszek oczywiście nic nie przyniósł, co? - poskarżyła się żartobliwie Monika.
- Znajdź sobie kogoś, kto dla twoich pocałunków zrobi wszystko - zaśmiała się Ria.
Robert przytulił ją mocniej i pociągnął na siebie, by razem znów upadli na materace.

*

Monika przesuwa spojrzenie od Roberta do Rii i z powrotem. Oddziela ich od niej ulica, po której z rzadka przejeżdżają wozy. Ria ma na sobie ciemne, nijakie spodnie i szarą kurtkę. Część czarnych kosmyków wymknęła się spod gumki, opadając na policzki. Patrzy pod nogi, gdy przemyka koło ściany bloku. Zdaje się cieniem dokładnie omijanym przez wzrok przechodniów. Idzie przygarbiona pod ciężarem dwóch wypchanych siatek.
Robert postępuje krok do przodu. Monika błyskawicznie zastępuje mu drogę.
- Nie możesz do niej iść. Miałeś tylko na nią spojrzeć, zapomniałeś? - przypomina z lekką irytacją, którą próbuje zamaskować lęk.
- Nic się nie stanie. Wiem, jak jest. Po prostu pomogę jej nieść te siatki.
- Jesteś pewien, że chcesz do niej podejść? - upewnia się jeszcze.
Gdy jej brat kiwa głową, z westchnieniem się odsuwa. Podąża kilka kroków za nim, by obserwować spotkanie, lecz nie zwracać na siebie uwagi. Ostatecznie udaje, że skupia się na wystawie najbliższego sklepu. Dużo tam nie ma do oglądania. Szare lub bure, bezkształtne ubrania, w których nawet Najwyższa Alevasia nie wyglądałaby olśniewająco, a jest ponoć najpiękniejszą istotą na ziemi - przynajmniej magowie tak twierdzą.
- Pomogę ci - proponuje spokojnie Robert, podchodząc do Rii.
Dziewczyna cofa się spłoszona.
- Nie, nie trzeba - mamrocze niewyraźnie.
- To dla mnie żaden problem - zapewnia mężczyzna.
Monika jest pod wrażeniem opanowania brata. On nic nie daje po sobie poznać, przynajmniej w tej chwili. Bez czekania na pozwolenie, uprzejmie zabiera od Rii ciężkie siatki. Dziewczyna wygląda na jeszcze bardziej przestraszoną, lecz milczy.
- To co? Idziemy, Ria? - zagaduje Robert.
Ona marszczy brwi.
- Słucham?
Monika przeklina w myślach. Przecież teoretycznie się nie znają. Według Rii się nie znają. Robert natychmiast odchrząkuje.
- Mówiłaś, jak masz na imię? - pyta swobodnie, ruszając naprzód.
- Adrianna - mówi cicho dziewczyna.
Niepewnie podąża za Robertem, więc i Monika niby przypadkiem idzie w pobliżu.
- Gdzie ci to zanieść, Ria?
- Nie Ria - oburza się dziewczyna, choć nawet to oburzenie powleczone jest strachem. - Mam na imię Adrianna, nie Ria.
Monika dostrzega cień rozpaczy w oczach brata. Sama próbuje przełknąć gulę w gardle. Ria nie żyje. Magowie ją zabili.

*

Przez prawie cały dzień nie przestanie padać, ale atakujących to nie powstrzyma. Zaczekają, przyczajeni wśród gruzów. Robert spojrzy na towarzyszy równie zdeterminowanych jak on. Przez myśl przejdzie mu pocieszająca myśl, że Moniki tu nie ma. Ona nie zrozumie tego, co on robi. Wciąż będzie przeciwna. Ale Robert MUSI działać. Po tym, jak Ria…
- Zbliżają się – przebiegnie po grupie.
Mężczyzna oprze się plecami o pokruszone cegły ściany. Przymknie oczy, nasłuchując zbliżającego się skrzypienia wozów ciągniętych przez gadopodobne gadonie. Jeszcze trochę. Już blisko… Jeszcze parę sekund…
Od wybuchu miny aż zadzwoni mu w uszach, ale natychmiast wyskoczy na drogę. Bez namysłu strzeli w ogłuszonego przez huk młodego maga. A może tylko służącego…? To i tak zdrajca.
Dopadnie drzwi pierwszego wozu. Wyważy je kopniakiem. W środku ujrzy skutych kajdanami członków ruchu oporu – takich jak on, Monika czy… niegdyś Ria. Zacznie buzować w nim coraz większy gniew.
Nagle jeden z gadoni zerwie się z uprzęży. Stanie na tylnych łapach, wydając z siebie ni to ryk, ni to rżenie. Robert zdąży tylko osłonić się ręką, ale to nie uratuje go przed uwolnionym, morderczym stworzeniem.

*

- Robert! - Rozentuzjazmowana Monika wbiega do mieszkania, które dzieli z bratem. - Ria wciąż istnieje. Nie straciliśmy jej!
- O czym ty mówisz? – prycha mężczyzna, ledwie podnosząc wzrok znad umywalki, gdzie próbuje domyć dłonie brudne od smaru. Na odsłoniętym ramieniu dziewczyna dostrzega świeże zadrapanie. Pewnie otarł się o coś podczas pracy w warsztacie. - Przecież widzieliśmy ją oboje. Słyszeliśmy. To już nie jest Ria!
- Jest! To wciąż jest Ria - zapewnia z naciskiem. - Włamałam się do jej nowego mieszkania.
Robert spogląda z niedowierzaniem na siostrę.
- CO zrobiłaś?
Monika opada na krzesło przy stole i popija wodę ze szklanki brata.
- Śledziłam ją i zobaczyłam, gdzie mieszka - wyjaśnia. - Gdy wyszła, włamałam się do środka. To malutkie mieszkanko, znacznie mniejsze od naszego. Klaustrofobii można dostać. Nieważne. W jedynym pokoju jest ściana, której nie zasłaniają meble. Wiesz, co ona tam namalowała? Smoka! Jeszcze niedokończony, ale na podłodze leżą farby, więc pewnie na bieżąco domalowuje brakujące elementy.
Robert patrzy na siostrę świdrującym wzrokiem. Dziewczyna dostrzega w nim niedowierzanie i rozpaczliwą nadzieję. Wreszcie mężczyzna, pokręciwszy głową, skupia się znów na myciu dłoni.
- I czego to ma niby dowodzić? - mamrocze bez większego zainteresowania.
- Że to nasza Ria! Nie zmienili jej.
- Aha… Jasne. Wcale.
- Robert, skup się! - warczy Monika zirytowana. - Nie pamiętasz, jaka była Ria, gdy ją poznaliśmy? Taka jak teraz. Wystraszona. Zagubiona. Dzięki nam stała się tym, kim jest naprawdę. To wciąż ona. Oni tylko zabrali jej wspomnienia.
Mężczyzna sztywnieje. Zaciska mokre dłonie w pięści.
- Można je przywrócić? - pyta słabym głosem.
- Nie wiem - wzdycha Monika. - To, co magia zabrała… może magia jest w stanie przywrócić.
- Magia. - Głos Roberta ocieka nienawiścią.
Monika spuszcza wzrok. Magia zabrała im już zbyt wiele… I nic dotąd nie przywróciła.

*

Idąc znów na Cmentarzysko, Robert zabrał ze sobą trochę jedzenia, wodę oraz ciepły koc. No i zabrał ze sobą Rię. Była niedziela, więc oboje mieli wolny dzień. Wiał porywisty wiatr, ale przynajmniej rozegnał chmury. Wrześniowe słońce prażyło jeszcze resztkami sił, walcząc z zimnymi podmuchami.
- Miałeś mnie zabrać na randkę, a zamiast tego idziesz się spotkać z jakąś inną dziewczyną - wytknęła Ria żartobliwie. - Ładnie to tak?
- Przecież idziemy razem - zbagatelizował. - Czego ci więcej potrzeba?
Zastąpiła mu drogę i uśmiechnęła się lekko.
- Może… uwagi?
Zarzuciła Robertowi ręce na szyję, nie odrywając spojrzenia od jego oczu. Mężczyzna przyciągnął ją bliżej i pocałował powoli. Delektował się smakiem jej ust. Objął ją jeszcze mocniej… lecz Ria zesztywniała nagle. Mężczyzna zdążył dostrzec grymas bólu na jej twarzy, nim zmusiła się do uśmiechu. Odsunął się, spoglądając na nią z troską.
- Co się stało? - spytał poważnie.
- Nic - wymamrotała dziewczyna. Uciekła ze wzrokiem w bok. - Nic.
- Ria… Co się stało? Strażnicy…?
Nie patrząc mu w oczy, skinęła głową. Dotknęła lekko żeber, dając do zrozumienia, że to właśnie tam rozlał się najświeższy siniak. Robert zdusił w sobie narastającą falę gniewu na sprawców jej bólu, która nijak nie pomogłaby teraz Rii.
- Znowu się stawiałaś, tak? - odgadł z westchnieniem.
- Mówiłam ci o tej nowej, Agnieszce. Ciągle coś jej nie wychodzi. Oni na nią wrzeszczą, popychają i w ogóle… Zabronili jej pomagać…
- Ale oczywiście jej pomogłaś?
Odpowiedź była zbędna. Robert delikatnie przytulił Rię i pocałował w skroń. Właściciel warsztatu, w którym pracował, zachowywał się w porządku. Tego samego nie dało się powiedzieć o strażnikach w szwalni. Ria już nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz się im stawiała. Choć podziwiał jej odwagę, nie chciał, by cierpiała. Nic nie mógł zrobić. Cholerny świat.
Ria wyślizgnęła się z objęć Roberta i ujęła jego dłoń. Uśmiechnęła się, by wiedział, że nic się nie stało.
- To co? Idziemy?
Machinalnie skinął głową. Wkrótce dotarli na stary plac zabaw, na którym Robert poznał Elenę. Dziewczyna i tym razem siedziała na huśtawce, leniwie odbijając się nogami od ziemi. Spojrzała na nadchodzących, a na jej twarzy zagościł znów ten smutno-wesoły uśmiech.
- Cześć – przywitał się Robert. – To jest Ria. – Wskazał swoją towarzyszkę. – Ria, a to właśnie Elena.
- Hej – odezwała się Ria.
Elena tylko skinęła głową.
- Przyniosłem ci coś do jedzenia i koc – kontynuował Robert, wyjmując wspomniane rzeczy z plecaka. – Niestety wiele więcej nie mogę dla ciebie zrobić… Musiałabyś mieć identyfikator, by wejść do miasta… a tam właśnie mieszkam. Jest jeszcze jedno miejsce, ale… na razie nie uzyskałem zgody, by cię tam przyprowadzić.
- Nic nie szkodzi. Radzę sobie. Dziękuję – odparła dziewczyna.
Z otrzymanych właśnie darów wyjęła chleb, odłamała sobie kawałek i zaczęła jeść łapczywie. Robert i Ria zerknęli na siebie niepewnie.
- Co tu robisz? Ukrywasz się przed magami? – zagadnęła Ria.
Elena przełknęła ostatni kęs i wzruszyła ramionami.
- Jestem – rzekła takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. – Nie martwcie się o mnie. Martwcie się o siebie.
Robert poczuł się nieswojo. Ria za to chyba postanowiła zignorować ostatnią uwagę, bo beztrosko usiadła na huśtawce obok i uśmiechnęła się sympatycznie do Eleny. Pewnie chciała dodać jej otuchy.
- Potrzebujesz czegoś? Możemy ci jeszcze coś przynieść.
- Nie, dziękuję. Niczego więcej na razie mi nie potrzeba. Powiedzcie… jak wygląda życie w mieście?
Robert z Rią znów wymienili spojrzenia, ale postanowili spełnić tę prośbę. Bo dlaczego nie?

*

- Robert, nie! Proszę.
Monika patrzy błagalnie na brata. Chwyta poły jego kurtki, jakby chciała powstrzymać go siłą.
- Proszę – powtarza.
Robert odwraca wzrok.
- To jedyny sposób, wiesz o tym – przypomina.
- A ty wiesz, jak kończą się umowy zawierane z Vaderem.
- On będzie w stanie dostarczyć mi coś, co przywróci pamięć Rii.
- Nie masz pewności! Równie dobrze może cię oszukać. Nie ryzykuj tak bardzo. Błagam cię. Nie chcę cię stracić… - Jej głos drży lekko.
- Nic mi nie będzie, nie martw się – zapewnia Robert. – Zrobię, co muszę. I tyle.
- Robert… Daj mi jeszcze trzy dni. Tylko trzy dni. Poszukam innego sposobu. Jeżeli go nie znajdę… zrobisz, co będziesz chciał. Tylko trzy dni.
Mężczyzna przymyka oczy. Trzy dni to niewiele. Nie wierzy, by istniał inny sposób. Skoro jednak te trzy dni wystarczą, by przekonać o tym także Monikę…
- Zgoda – odzywa się. – Trzy dni.

*

Gwałtowna ulewa załomocze o blaszany dach. Robert poczuje się niepewnie w takim hałasie, ale stojący obok niego Rudol wyda się nieprzejęty. Gdy deszcz nieco osłabnie, do zniszczonej hali wkroczy wśród złorzeczeń czterech przemoczonych mężczyzn. Podejdą bliżej pod wodzą długowłosego blondyna niewiele starszego od Roberta.
- Gdzie towar? – zapyta długowłosy szorstko.
Rudol wyciągnie z torby pakunek, a po chwili odsłoni sztylet o śnieżnobiałym ostrzu i złotej rękojeści jarzącej się rubinowym wzorem płomieni. Zda się wydzielać własne światło mimo panującego w hali półmroku, a ten blask odbije się w oczach przyszłego nabywcy.
- Najpierw forsa – zażąda sucho Rudol.
Gdy pieniądze zostaną przeliczone, nastąpi jednoczesna wymiana. Rudol przejmie torbę z zapłatą, podczas gdy długowłosy niecierpliwie chwyci swój nowy nabytek. Z wyraźną fascynacją wykona ruch aktywujący zaklęcie, a metal zalśni ognistymi iskrami.
- Co to, kurwa, ma być?! – warknie klient. – Sztylet miał wręcz miotać płomieniami!
- Vader przesyła ten sztylet – obojętnie wyjaśni Rudol. – Płomienne ostrze. Tak jak chciałeś.
- Przecież te płomienie ledwo widać! Oddawaj forsę.
- Transakcja została dokonana. – Mężczyzna mocniej chwyci torbę z gotówką. – I na tym to spotkanie się kończy.
Długowłosy pstryknie palcami, na co jego trzej ochroniarze wyciągną pistolety. Robert natychmiast sięgnie po swoją broń, lecz na Rudolu nie zrobi to wrażenia.
- Uwierz mi, nie chcesz zadzierać z Vaderem.
Żadne inne słowa nie wywarłyby gorszego efektu.
- Uwierz mi – wycedzi długowłosy. – To Vader nie chce zadzierać ze mną.
Skinie na najbliższego ochroniarza. Robert rzuci się w bok. Huk wystrzału rozmyje się w bębnieniu deszczu o blaszany dach. Robert przebiegnie za pordzewiały kontener, jakimś cudem unikając trafienia. Skoczy za tę marną osłonę. Wyjrzy tylko po to, by oddać parę strzałów. Jakie ma szanse?
W myślach ujrzy twarze swoich dwóch ukochanych dziewczyn. Monika od początku sprzeciwiała się umowom z Vaderem, ale tylko Vader może przywrócić pamięć Rii… Rok służby, a potem Ria znów stanie się sobą…
Gwałtowny ból w udzie sprawi, że Robert osunie się na kolana. Pocisk musiał przebić się przez blachę kontenera. Krew wypłynie wartkim strumieniem.
Kątem oka mężczyzna dostrzeże ruch. Przekręci głowę. Ostatnim, co ujrzy, będzie lufa pistoletu.

*

Dom Prefekta powitał Roberta i Rię niesamowitym przepychem. Przez moment stali oniemiali, zanim przypomnieli sobie, jaki jest ich cel. Przemierzali puste korytarze, uważając, by niczego nie dotknąć. Prefekt tymczasowo wyjechał wraz z córką, służbą oraz strażą, lecz większość przedmiotów – nawet całkiem zwyczajnych – obłożonych było zaklęciami alarmującymi.
Dostali się tutaj dzięki pieczęci wykradzionej przez starszą siostrę Zosi, Martynę. Zaryzykowała wiele, by dokonała się zemsta za czyny córki Prefekta, której Martyna musiała służyć. Robert i Ria także ryzykowali, ale warto było udowodnić ludziom, że magowie nie są wcale tak wszechmocni jak się wydaje.
Wkrótce wślizgnęli się do prywatnej komnaty córki Prefekta, gdzie wszystko spływało złotem, srebrem, drogimi kamieniami… Różnorodność barw oślepiała. Na półkach, podłodze i wielkim łożu z kolumienkami leżały zabawki: magiczne i te całkiem zwyczajne. Częściowo otwarta szafa odsłaniała wieszaki z kolorowymi, niekiedy błyszczącymi strojami tak różnymi od szarych szmat przeznaczonych dla większości społeczeństwa.
Na jednej ze ścian wisiał portret Najwyższej Alevasii. Magowie lubili umieszczać jej podobizny w wielu miejscach. Robert nawet nie do końca rozumiał, kim dla społeczeństwa jest ta postać. Kimś w rodzaju królowej? Maskotki? Mało go to obchodziło. Spojrzał na namalowaną dziewczynę o nieprzeciętnej urodzie. Uśmiechała się delikatnie, a wokół twarzy o jasnej, nieskazitelnej cerze spływały białe – nie, srebrne – proste włosy. Najwyższa Alevasia wydała mu się znajoma, w czym nie było nic dziwnego. Dużo już jej podobizn widywał.
- Chodź, czas wykonać plan – szepnęła Ria, ciągnąc go za rękę.
Przez drzwi z jasnego drewna wyszli do rozległego ogrodu. W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Nieco dalej pasły się dwa śnieżnobiałe pegazy – cel ich włamania. Prezentowały się oszałamiająco – dostojne, o sierści nieznającej brudu i z równie białymi skrzydłami, obecnie złożonymi.
Zbliżyli się ścieżką wyłożoną płaskimi kamieniami. Robert wyjął magiczne nożyce również otrzymane od Martyny. Pragnęła po prostu pozbawić księżniczkę tego, co najbardziej kochała – jej pegazów. Mężczyzna wolałby nie dotykać przepełnionego magią narzędzia, ale inaczej nie przetną więzów tych niezwykłych koni. Uwolnienie trwało ledwie moment, a pegazy dalej stały spokojnie. Ria pogłaskała najbliższe zwierzę po śnieżnobiałej szyi.
- Cudny jesteś – szepnęła mu.
Nagle pegaz przyklęknął. Ria odskoczyła w pierwszym odruchu, lecz już po chwili uśmiechnęła się łobuzersko, odgadując intencje skrzydlatego konia. Gdy go dosiadła, wierzchowiec podniósł się bez najmniejszego trudu. Dziewczyna objęła go za szyję.
- Leć – poprosiła cicho.
Zwierzę zarżało delikatnie, a zaraz rozłożyło pierzaste skrzydła. Robert w ostatniej chwili uchylił się, by nie oberwać piórami. Pospiesznie dosiadł drugiego pegaza, który za przykładem pierwszego także przyklęknął. Wkrótce oba wierzchowce wzięły rozpęd i wzniosły się, a Robertowi zaparło dech w piersiach. Pęd powietrza zmusił go do zamknięcia oczu. Gdy je otworzył, byli już wysoko, zostawiając miasto w dole.
- Jeeeeeeeej! – krzyknęła Ria w euforii.
Na moment rozłożyła ręce. Robert się na to nie odważył, lecz śmiał się jak głupi razem z dziewczyną. Lot był niesamowity.
Pegaz Roberta zarżał nagle, zmieniając pułap. Koło nich przeleciała niewielka kula energii. Mężczyzna obejrzał się. Wierzchowiec Rii zamachał skrzydłami przestraszony i poleciał w zupełnie innym kierunku.
- Nie, nie, leć za nim, proszę! – wyszeptał Robert, bezskutecznie próbując zawrócić swego pegaza.
Od strony miasta zbliżały się gadonie o błoniastych skrzydłach. Dosiadali ich magowie, czego mężczyzna nigdy dotąd nie widział. Rzucone zaklęcie przyciągnęło pegaza Rii bliżej, podczas gdy Robert wciąż się oddalał. Wszelkie próby zawrócenia wierzchowca spełzały na niczym.
- No zawróć, proszę! – błagał gorączkowo.
Mógł tylko patrzeć, jak Ria dostaje się w łapy magów. Z tej odległości nawet nie widział wyrazu jej twarzy, ale mógł się domyślić, że nie podda się bez walki.

*

Robert ogląda się na Monikę, która wyszła za nim z Domu. Wzdycha ciężko.
- Nadal chcesz mnie powstrzymywać?
- Nie. – Dziewczyna patrzy na niego poważnie. – Moje trzy dni minęły. Chcę po prostu iść z tobą. Nie mogę?
- Możesz.
Robert bez dalszych komentarzy rusza znów w stronę miasta. Monika podąża za nim. Dostrzega napięcie w sylwetce brata. Dalej uważa, że zwracanie się do Vadera to bardzo zły pomysł, ale Ria to jej przyjaciółka. Podobnie jak Robert, Monika pragnie, by odzyskała pamięć.
- Cześć – rozlega się nagle.
Zza drzew wychodzi dziewczyna o jasnych, lekko splątanych włosach. Uśmiecha się z mieszaniną radości i smutku.
- Elena? – pyta Robert ze zdumieniem. – Co ty tu robisz?
Czyli to jest osławiona Elena. Monika nigdy jej nie widziała. Robert czasem odwiedzał tę obcą dziewczynę na Cmentarzysku, zanosząc jej potrzebne rzeczy. Nadal tajemnicą jest, dlaczego w ogóle siedzi tam całkiem sama.
- Jestem – odpowiada nastolatka nie do końca przytomnym tonem.
Jej wzrok błąka się od Moniki do Roberta, lecz zatrzymuje się na tym drugim. Monice dziewczyna wydaje się… dziwna. Począwszy od wyrazu twarzy, niewesołego uśmiechu, bezdennych oczu… Wzbudza lekki niepokój. Do tego w Monice narasta irracjonalne przekonanie, że gdzieś już Elenę widziała.
- Jak znalazłaś to miejsce? I po co przyszłaś? Potrzebujesz czegoś?
W głosie Roberta brzmi troska jak o młodszą siostrę, co wzbudza w Monice mimowolne ukłucie zazdrości.
- Chcę wam pomóc – oświadcza Elena, ignorując pytania. – Mogę przywrócić pamięć Rii.
- Jak?
- Magią.
Jedno krótkie, proste słowo wypowiedziane spokojnym głosem. Robert odsuwa się, a Monika dostrzega jego dłonie zaciskające się w pięści. Wręcz czuje strach, nienawiść, a także nadzieję kłębiące się w bracie.
- Kim ty jesteś? – szepcze Robert.
Na ustach Eleny błąka się ten smutno-wesoły uśmiech.
- Sobą – odpowiada po prostu.
- Skąd w ogóle wiesz, co stało się z Rią? Nie mówiłem ci o tym! – uzmysławia sobie nagle mężczyzna.
Elena podnosi głowę i patrzy gdzieś w przestrzeń nad jego ramieniem.
- Widzę teraźniejszość. Widzę przeszłość i przyszłość – mówi cicho.
Monika wciąga gwałtownie powietrze.
- Alevasia – odgaduje Robert zduszonym głosem.
Dziwne poczucie, że Monika kojarzy twarz Eleny, nagle się wyjaśnia. Na podobiznach wygląda trochę inaczej… Dostojniej. No i włosy tam ma białe, a nie po prostu blond. Mimo to rysy twarzy zostały zachowane.
- Najwyższa Alevasia – dopowiada cicho Monika.
Robert przeciera twarz dłońmi. Walczy ze sobą przez dłuższą chwilę, aż spogląda znów na Elenę.
- Jesteś w stanie przywrócić pamięć Rii? I… zrobisz to? Czego chcesz w zamian?
Nastolatka wydaje się rozbawiona, choć nawet w tym rozbawieniu widać ślady goryczy.
- Niczego nie chcę w zamian. Chcę pomóc – wyjaśnia.
Rodzeństwo wymienia szybkie spojrzenia. Czy warto zaryzykować? Inna okazja się raczej nie trafi. Skoro Elena… Najwyższa Alevasia… chce pomóc…
- Więc… widzisz przyszłość? – upewnia się cicho Monika.
Dziewczyna kiwa głową.
- Wszystko, co widzę, to skrawki. – Jej wzrok znów odbiega gdzieś w dal. – Widzę, co widzę. Wtedy, kiedy widzę.
- Czyli… - Monika nerwowo przełyka ślinę. – Wiesz, co nas… czeka?
Elena patrzy wprost na pytającą. Monika czuje się bardzo nieswojo, jednak nie ucieka spojrzeniem. Nastolatka uśmiecha się – tym razem całkiem bez śladu wesołości.
- Tak często pytacie o przyszłość. Rzadko o teraźniejszość. A o przeszłość? Prawie nigdy.
- Bo… to nas interesuje – mamrocze Monika, nie wiedząc, dlaczego palą ją policzki.
- Ja… - Gdy Robert przemawia, Elena przenosi wzrok na niego. – Mnie interesuje coś z przeszłości. Dlaczego… dlaczego zabrali Rii wspomnienia? Dlaczego nie zamknęli jej w więzieniu albo…
Choć jej brat nie kończy zdania, Monika wie, co ma na myśli. Mało już razy magowie zastosowali karę śmierci?
- Chcieli sprawdzić skuteczność zaklęcia. Byli ciekawi, czy obiektowi nie pomiesza się w głowie.
Pięści Roberta zaciskają się jeszcze mocniej.
- Ale Rii nic się nie stało – zapewnia Elena. – Jej wspomnienia zostały wygaszone, lecz ja mogę je przywrócić.
- Czyli jesteś również magiczką, tak? – pyta niepewnie Monika. – I czy nie nazywasz się inaczej?
- Gdy byłam mała, moi opiekunowie mówili na mnie „Elena”. Lubię to imię. I tak, jestem magiczką. Ponoć potężną. Ale rolą Alevasii nie jest nauka czarów, lecz widzenie… Niedługo wrócę na swoje miejsce. Wybaczą mi ucieczkę. Nie mają wyjścia. Dość już chyba rozmawiamy. Przyprowadźcie tu Rię. Wolałabym nie wchodzić do miasta.
Rodzeństwo raz jeszcze wymienia się spojrzeniami. W końcu kiwają sobie głowami i ruszają ku niezbyt odległym bramom.

*

Powoli zacznie zapadać zmierzch, ale deszcz jeszcze nie zaśnie. Nieustanne chmury sprawią, że zapanuje mrok większy niż zazwyczaj o tej porze. W mieście zapalą się świetlikowe latarnie, by rozjaśnić drogę ostatnim przechodniom.
Robert z Rią, nie przejmując się deszczem, wyjdą z mieszkania Damiana po spotkaniu z przyjaciółmi. Dziewczyna odbiegnie kawałek i wystawi twarz prosto na chłodne krople. Zaśmieje się. Robert uśmiechnie się z miłością do tej wariatki. Podejdzie bliżej, po czym założy jej kaptur na głowę.
- Chodź, musimy iść – powie.
Ria pocałuje go przelotnie w usta, a on ujmie jej dłoń, na której – mimo deszczu oraz półmroku – połyskiwać będzie srebrny pierścień stylizowany na smoka. Razem ruszą poprzez ciemne ulice. Mimo nieustannego szumu deszczu dobiegną do nich zbliżające się głosy. Wkrótce zza zakrętu wyłoni się niewielka grupka chłopaków.
- Ej, mała! – zawoła jeden z nich. – Chodź tu do nas.
Robert obejmie Rię ramieniem, starając się jednak nie prowokować tamtych za bardzo. Po co wdawać się w bójkę z pijaną bandą?
- Ej! Mnie się nie ignoruje! – oburzy się chłopak, gdy Ria nijak nie zareaguje na jego odzywkę. – Mówiłem, że masz tu podejść!
Machnie ręką, mamrocąc coś niewyraźnie. Robert nie zdąży złapać dziewczyny, gdy tę nagle coś wyszarpnie z jego uścisku. Ria ze zduszonym krzykiem bólu i zaskoczenia upadnie na stary asfalt. Reszta grupki zarechocze rozbawiona. Chłopak przyciągnie dziewczynę bliżej, jedynie poruszając ręką. Cholerna magia.
- Zostaw ją w spokoju! – warknie Robert ostrzegawczo.
Młody mag schyli się nie do końca sprawnie, bo alkohol ograniczy jego zdolność równowagi. Złapie Rię za brodę i skieruje jej twarz w swoją stronę.
- To co, mała? Wybierzesz się gdzieś z nami? - zapyta, wzbudzając śmiech kolegów.
Dziewczyna splunie na niego, po czym trzaśnie otwartą dłonią w twarz. Mag zatoczy się do tyłu, wykonując jakieś gesty dłońmi. Jego usta także się poruszą, lecz szum kropel zagłuszy słowa. Rię poderwie gwałtownie i ciśnie o ścianę. Robert bez namysłu uderzy maga pięścią w twarz. Ten zatoczy się i lekko ogłuszony upadnie na ulicę. Niemal natychmiast w dłoni innego z grupy pojawi się skrząca, ledwie widoczna kula energii.
- Teraz klękniesz i poprosisz o wybaczenie – nakaże bełkotliwie. – A twoja panienka pójdzie z nami i także bardzo ładnie poprosi o wybaczenie.
Pierwszy mag podniesie się, krzywiąc z bólu. Również wytworzy kulę energii.
- Nie ma mowy – wycedzi Robert.
Gniew wygra w nim ze strachem.
- Robert, nie. Daj spokój! – zawoła Ria lękliwie. – To nie ma sensu!
Wstanie chwiejnie, a mężczyzna zauważy krew na jej skroni spływającą wraz z kroplami deszczu. Miałby się ukorzyć przed tymi bydlakami i oddać im Rię? Wiadomo, jaki los by jej zgotowali. Robert zaciśnie zęby. Ich czwórka, on jeden. Nieważne.
Błyskawicznie pochyli się i podetnie nogi temu, który kazał mu klęknąć. Kula energii osmali asfalt. Pierwszy mag natychmiast rzuci swoja kulę, lecz Robert uchyli się. Trafi go pięścią w brzuch. Kolejnych dwóch, najmniej trzeźwych, znokautuje celnymi ciosami.
- Uciekaj, Ria! – zawoła.
Dziewczyna zerwie się do biegu, choć będzie się lekko zataczać po mocnym uderzeniu w głowę. Robert złapie ją za rękę i pociągnie za sobą. Pomkną razem ku najbliższemu zakrętowi.
Kątem oka mężczyzna dostrzeże lecącą kulę energii rozpryskującą krople – na tyle potężną, by wręcz świeciła. Bez namysłu odepchnie Rię, ale nie zdąży już uratować siebie. Zabójcza kula trafi go prosto w pierś.

*

Robert porywa uzdrowioną Rię w objęcia. Obsypuje jej twarz pocałunkami, a ona zarzuca mu ręce na szyję. Monika patrzy na nich, śmiejąc się ze łzami ulgi i radości.
Elena staje nieco dalej, ale nie odwraca wzroku. Widzi wiele, więcej niż rzeczywiście się zdarzy. Nie chce tego pamiętać. Pragnie widzieć tylko tę chwilę tutaj. Tylko to.