niedziela, 12 listopada 2017

"Ciąg dalszy nastąpi", czyli o kontynuacjach, podziałach na części i odcinkowcach

Hej! Postanowiłam skrobnąć tutaj coś, co mam nadzieję, że Was zainteresuje, a chętnie poznałabym Wasz punkt widzenia na te sprawy i może polecicie mi jakąś ciekawą lekturę lub serial ;) Dzisiaj będzie o różnorakich podziałach na części, kontynuacjach czy dziełach składających się z nieograniczonej ilości odcinków. Głównie chciałabym pisać o książkach, ale zdarzą się nawiązania do filmów czy seriali. Ostatnio zainwestowałam w Netflixa, więc czas poświęcany na oglądanie seriali znacznie wzrósł ;)

A może jesteście też trochę ciekawi, co się u mnie działo, gdy nic nie pisałam. Dużo, bardzo dużo. Jakkolwiek... hm... przerażająco to brzmi, trzeba zmierzyć się z dorosłym życiem... Praca w ostatnim czasie dała mi w kość dodatkowymi obowiązkami. No i jestem w trakcie przygotowań do ślubu. Jeżeli ktoś nie miał dotąd bliskiej styczności z tym tematem, to sobie nawet nie wyobraża, ile to roboty. Poważnie. Szczególnie, że np. u mnie ciężko znaleźć wolny termin sali weselnej na rok wprzód. Mnóstwo poszukiwań, wyborów... a najcięższy okres dopiero przede mną ;) No ale mam nadzieję, że koniec końców wszystko się uda :) Jako, że część spraw pozamykałam w ostatnich miesiącach (np. temat studiów już prawie-prawie definitywnie zamknięty ^^), łudzę się nadzieją, że dam radę niedługo odetchnąć.

No dobra, to tyle o mnie i o tym, dlaczego braknie mi czasu na dawne pasje... Wróćmy do tematu! Części... Może nie każde dzieło kończy się wprost tekstem "ciąg dalszy nastąpi", ale zdecydowana większość to zakłada. Szczególnie współcześnie różnorakie serie i cykle dominują rynek, bo pozwalają dłużej ciągnąć pieniądze z tego samego "świata". Normalna rzecz. Gdy człowiek polubi określonych bohaterów czy uniwersum, będzie chciał poznać dalsze losy, dalsze części. Może z kolei podejść z rezerwą do czegoś nowego. Dlatego też lepiej pozostawać przy tym, co sprawdzone. Nie mam oczywiście na myśli tego, że cykle powstają tylko dla pieniędzy i są złe. Po prostu myślę, że obecny rynek powoduje tylko zwiększoną liczbę serii.

Jedna opowieść

Na początek chciałabym wspomnieć o najbardziej typowym, naturalnym przypadku "częściowania", co do którego chyba nie ma większych materiałów do dyskusji. Chodzi o jedną spójną opowieść, które zostaje podzielona na części, jako że po prostu jest za długa, by zmieścić się w jednym dziele. Można tutaj ewentualnie narzekać na czasem zbyt perfidne cliffhangery na koniec tomu, ale tak to już bywa ;) W każdym razie, do tej kategorii zaliczają się przede wszystkim krótsze cykle, czyli głównie trylogie takie jak "Igrzyska śmierci" czy oczywiście "Władca Pierścieni" (właściwie sześcioksiąg). Takim przypadkiem jest również siedmiotomowy "Harry Potter". Każda część prowadzi bezpośrednio do kolejnej, stawka jest stopniowo zwiększana, by wreszcie dotrzeć do finału, w którym z reguły "ratuje się świat". Widać też, że twórca od początku zaplanował historię, może niekoniecznie każdy szczegół, ale miał wizję na cel oraz drogę bohaterów.


Jak wspomniałam, można tutaj narzekać na kończenie części w emocjonującym momencie jak chociażby w "W pierścieniu ognia". Niemniej całość z reguły toczy się logicznie. Wiadomo, że bohaterowie nie zaznają odpoczynku, póki opowieść się nie skończy. Lubię ten typ historii, bo wiem, do czego zmierza - wiem, na co czekam (a czekam na happy end ;P). 

W serialach - zależne od rodzaju - pojedynczy sezon może być właśnie taką pojedynczą spójną opowieścią. Gdy mamy do czynienia z więcej niż jednym sezonem, wtedy z reguły już są to typowe "kontynuacje", o których później. A przykład takiego sezonu - opowieści znaleźć można chociażby w przypadku "The 100", o którym pisałam już na tym blogu, ale także np. w "Kronikach Shannary".


Nie kończ, kontynuuj!

To teraz coś, co dla mnie jest plagą tych czasów - kontynuacje. Nie twierdzę, że wszystkie kontynuacje są złe. Po prostu mam wrażenie, że sporo obecnych twórców (czy może raczej producentów?) nie potrafi przestać. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny niepokonanym, nawiązując do polskiej piosenki. Zjawisko widać w niekończących się sezonach seriali, jak i np. w trylogiach będących sequelami do trylogii itp.

Da się zrobić dobrą kontynuację. Nie twierdzę, że nie. A jak zrobić kiepską kontynuację? Również na tym blogu polecałam Wam serial "Once upon a time" nawiązujący do bohaterów z różnych bajek. Przymykałam oko na to, że w kolejnym sezonie po raz KOLEJNY miasteczko spętała nowa klątwa, a bohaterowie po raz KOLEJNY nie pamiętają ostatnich wydarzeń i muszą odkryć, co się właściwie wydarzyło. Bohaterowie wciąż walczą o swoje szczęśliwe zakończenie, które - gdy zdaje się, że właśnie je odnaleźli - oczywiście się sypie. Jakoś w drugiej połowie piątego sezonu nastąpił punkt, gdy już miałam tego naprawdę dosyć i porzuciłam Storybrooke.


I to właśnie te dwie rzeczy sprawiają, że kontynuacje potrafią mnie mocno zirytować: wtórność oraz niweczenie osiągnięć. Czasem te dwa elementy się łączą. Jeżeli bohaterowie mocno się namęczyli, by pokonać Wielkiego Przeciwnika, to doprowadza mnie do szewskiej pasji, jeśli w kolejnym tomie / sezonie ten Wielki Przeciwnik ucieka z więzienia albo jest wskrzeszany i trzeba się z nim zmierzyć ponownie. Jeśli przez cały tom / sezon bohaterowie walczyli z przeciwnościami, by w końcu być razem, to nie zaczynajmy nowej części od tego, że znowu są rozdzielani. Mówiąc ogólnie, jeżeli bohaterowie coś osiągnęli, nie odbierajmy im tego tak po prostu - znajdźmy zupełne inne wyzwanie albo skupmy się na innych postaciach.


Pod względem różnorodności wyzwań, powiedziałabym, że na razie całkiem nieźle trzyma się "The 100". Oglądałam już cztery sezony i do tej pory ani razu nie poczułam mocnej wtórności. Zobaczymy, jak pójdzie później. A z książkowych przykładów kontynuacji? Po "Trylogii Czarnego Maga" nadeszła pora na trylogię o synu głównej bohaterki pierwotnej trylogii. Mnie osobiście nie wciągnęła. Muszę przyznać, że nie poczułam tu ani kwestii "problemów na siłę", ani wtórności, ale jakoś... czegoś mi w tym brakowało, może nowy bohater mi po prostu nie podpasował. Inny przypadek to "Dary Anioła", które ze znanych mi informacji miały być trylogią. "Dary Anioła" to seria modnego obecnie gatunku young adult. Ma trochę przeciwników i nie twierdzę, że to wielkie dzieło, ale mam słabość do motywów takich jak występujący tutaj Nocni Łowcy. Nie szkalujcie mnie za to ;P W każdym razie trzeci tom zakończył się czymś, co wyglądało na finał historii i jakaś forma happy endu. Przyznam też, że jestem niepoprawną romantyczką, więc lubię, jak opowieść kończy się tym, że zakochani wreszcie mogą być razem. Niby więc wszystko było dobrze, ale potem okazało się, że autorka postanowiła napisać kolejne trzy tomy. Już z okładkowym opisów wywnioskowałam, że bohaterowie będą mieć znowu spore problemu, zakochani znowu nie będą mogli być razem... No... rozumiecie? Tak więc obraziłam się i do tej pory nie przeczytałam tych kolejnych trzech tomów ;)

A w tym odcinku...

Inną kategorią są serie "z definicji" tworzone jako po prostu kolejne odcinki przygód bohatera bądź grupy bohaterów. Każdy odcinek stanowi taką minihistorię, choć oczywiście pewne wątki kontynuowane są przez jakąś liczbę odcinków lub nawet przez wszystkie. Wiele seriali opiera się na takim schemacie, chociażby "Z archiwum X", "Supernatural" czy "Xena". Można to w gruncie rzeczy ciągnąć w nieskończoność. Podobnie i z tego typu książkami, których przykłady podam za chwilę. Z tego typu cyklami również mam dwa problemy, ale zupełnie inne. Właściwie to znów są w jakiś sposób połączone tak jak wtórność oraz niwelowanie osiągnięć przy kontynuacjach. Mianowanie tutaj mamy często do czynienia z brakiem zakończenia i brakiem ukochanego przeze mnie happy endu (no co? po prostu czekam, aż lubiane przeze mnie postaci w końcu znajdą odrobinę radości ;P) oraz ciągłe zachowywanie status quo. Twórcy serialu stworzyli pewien świat z jakimś określonym porządkiem, który tyczy się także relacji między bohaterami. I ten stan powinien być utrzymywany z odcinka na odcinek, a tylko raz na bardzo długi czas ma prawo zmienić się coś znaczniejszego. Przykładowo dwoje głównych bohaterów ma do siebie słabość. Będą więc "mieć się ku sobie" przez długie N odcinków. Nawet, jeśli w trakcie trwania odcinków wygląda, jakby miało coś się zmienić, to w ostatniej chwili okazuje się, że jednak "list nie dotarł", "ktoś nie dosłyszał" itp. No i status quo zostaje utrzymany.


Przejdźmy do książek. Na polskim rynku wskazać można cykl "Felix, Net i Nika". Trójka gimnazjalistów przeżywa kolejne różnorodne przygody. Ciekawą odmianą jest także to, że czasem fabuła skręca w stronę horroru lub fantasy, czasem w stronę sci-fi. Każdy tom to po prostu jedna, z reguły niezależna historia. Malutki szkopuł to fakt, że po chyba czternastu książkach oni wciąż są w gimnazjum - to ten problem ze status quo. Mają być gimnazjalistami, to są gimnazjalistami. Czekam, kiedy w końcu dorosną ;)

Takich odcinkowych serii książkowych jest mnóstwo, szczególnie w zakresie gatunku urban fantasy i podobnych. To, co mi akurat przypadło do gustu, to seria o Kate Daniels. Akurat w tym przypadku widać też trochę zmierzanie do celu charakterystyczne dla "jednej opowieści" i podnoszenie stawki dla głównej bohaterki, ale mimo wszystko bardziej zaliczam to do "odcinkowców". Może zmienię zdanie, jeżeli ta historia w końcu dojdzie do finału ;)

Ostatnio pojawił się też nowy "słowiański" cykl "Kwiat paproci" zapoczątkowany "Szeptuchą". Czytałam jak na razie dwa pierwsze tomy. Fajnie się czyta, ale mam obawy, że autorka długo będzie się znęcać na bohaterami, niszcząc każdą nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Czyli to takie zmieszanie z problemami kontynuacji. Zobaczę jednak, jak sytuacja się rozwinie.

Odcinkową strukturę ma również seria książkowa "Miecz Prawdy" (przynajmniej te tomy, do których dotarłam). W pojedynczej części akcja dochodzi do finału, więc historię można uznać za zakończoną. Dopiero w kolejnym tomie pojawiają się nowe problemy i wyzwania, które mają swój kres w finale tego tomu, zamykając daną opowieść.

Zaletą tego typu cykli jest to, że teoretycznie można zakończyć w każdym momencie - zależy, czy twórca zrobi na koniec cliffhanger, ale raczej spotykam się tutaj ze spokojnymi zakończeniami, które mają co najwyżej delikatną zapowiedź dalszych wydarzeń. Co nie zmienia niestety faktu, że nie dochodzimy do happy endu, więc osobiście nie jestem zadowolona :P No ale mimo wszystko nie jest to takie złe.


Przed, po, w trakcie...

Ostatnia wyraźna kategoria to łączenie książek w całe uniwersa. Mamy tu do czynieniach z kolejnymi tomami, które mogą dziać się w przeszłości, w przyszłości, a nawet powracać do już opowiedzianych wydarzeń, lecz przedstawiać je z innej perspektywy. Rozszerzone Uniwersum Gwiezdnych Wojen (anulowane) to w ogóle szczególny przypadek, którego nie będę tu poruszać. Bardziej w tym wypadku mam na myśli miniuniwersa, która wyrastają z początkowych cykli. Chociażby autorka wspomnianych "Darów Anioła" po sukcesie pierwszej trylogii zabrała się nie tylko za trylogię - kontynuację, ale także za trylogię dziejącą się znacznie wcześniej, w klimacie steampunku. Przykładem z klasyki literatury jest seria "Jeźdźcy smoków z Pern". Kto nie czytał, temu polecam, szczególnie pierwszą część. Kto nie lubi smoków, a do tej jeźdźców smoków? ^^ Z tego, co widzę, seria raczej popadła w zapomnienie, ale myślę, że warto po nią sięgnąć. W każdym razie, książki opisują najróżniejsze wydarzenia z historii Pern. Niektóre są swoimi bezpośrednimi kontynuacjami, opisującymi dalsze losy danych bohaterów. Inne przechodzą do wydarzeń przedstawianych z punktu widzenia zupełnie nowych postaci. Wreszcie są i tomy, które cofają się do bohaterów, o których ci "współcześni" opowiadają legendy.

A gdyby tak pomęczyć kogoś innego?

Ciekawą ideą kontynuacji jest pozostawienie czytelnika w znanym świecie, ale skupienie się na bohaterze, który do tej pory pełnił poboczną rolę. Może też się pojawić ktoś całkiem nowy. Przykładowo w "Potopie" Skrzetuski z "Ogniem i mieczem" może już odpocząć po wysiłkach i cieszyć się rodziną, podczas gdy trudy bycia głównym bohaterem przeszły na Kmicica. A jak w świecie fantastyki (nie licząc spin-offów)? Spodobała mi się forma serii książek "Królowa lata". Jest to jedyny cykl, w którym się z czymś takim spotkałam, choć może są i inne. W skrócie, "Królowa lata" nawiązuje do mitologii fairy - istot tłumaczonych u nas czasem jako elfy, a czasem jako wróżki. To magiczne, często mało przyjemne, wredne i złośliwe istoty. Z tym, że przy słowie "złośliwe" nie mam na myśli robienia głupich kawałów, ale raczej bawienie się cudzym życiem. Są to w ogólności niebezpieczne i potężne istoty. Motyw fairów ma dla mnie pewien urok, może też dlatego, że jest bardziej "egzotyczny", mniej znany. To właśnie ten motyw głównie mnie zainteresował w "Królowej lata". Jeśli chodzi o treść... nie jest to moja ukochana seria, nie wracam do niej, lecz zarazem nie żałuję, że po nią sięgnęłam - coś do poczytania po prostu. Naprawdę urzekła mnie jednak forma tego cyklu. Otóż każdy kolejny z pięciu tomów skupia się na innym bohaterze. Owszem, w fabule pojawiają się poprzednio najistotniejsze postacie, zdarzają się nawet rozdziały z ich punktu widzenia, ale kluczową rolę odgrywa teraz ktoś inny. Czyli poznajemy losy poznanych już bohaterów, lecz akcja kręci się teraz wokół kogoś nowego. Naprawdę fajnie się to sprawdziło, bo każdy tom przynosił tym samym świeży powiew i unikał wtórności.

Podoba mi się idea, w której kontynuacja przynosi przygody dla kogoś nowego, a starzy bohaterowie dostają w końcu zasłużoną emeryturę od problemów. W końcu im się należy, nie? ;) Raczej to rzadki przypadek, bo częściej albo problemy znów biedaków znajdują, albo sami się pchają, by ponownie ratować świat. Niestety...

I tak właśnie prezentują się kategorie, jakie widzę wśród serii i cyklów. Jak pewnie zauważyliście, jeden cykl może zaliczać się paru kategorii, bo np. sezon serialu to spójna opowieść, ale kolejny sezon ma już wady typowej kontynuacji itp. A co Wy o tym wszystkim myślicie? Może spotkaliście z jakimiś ciekawymi formami wybrnięcia ze standardowych problemów części czy kontynuacji?

poniedziałek, 3 lipca 2017

"Prawda ukryta w oczach"

Hej! Niespodzianka! ^^ Z góry mówię, jeszcze nie ogłaszam odwieszenia bloga, ale postanowiłam co nieco tu opublikować. Mam dla Was najnowsze opowiadanie, o którym nie napiszę nic więcej, by nie zdradzić za dużo ;P

Zanim przejdziemy do opowiadania, jeszcze parę słów. W międzyczasie miał miejsce Pyrkon. Moją relację znajdziecie tutaj (tym razem w formie filmiku). Dla dla urozmaicenia posta wstawiam również parę zdjęć z konwentu. Od czasu Pyrkonu zaangażowałam się w nową działalność! Mianowicie stworzyłyśmy duet, w którym ja odpowiadam za teksty piosenek (tłumaczenia / oryginalne piosenki / wersje alternatywne) oraz filmy, a moja koleżanka - za śpiew. Rezultaty możecie znaleźć na kanale. Zapraszam! :)

No to teraz parę fotek, po czym życzę Wam miłej lektury!




Siedziałam na schodach, obserwując zmysłowy taniec trzech driad. Z kuszącym uśmiechem na ustach przywoływały odważnych mężczyzn powolnymi ruchami rąk. Gałęzie rozłożystego drzewa rzucały cienie na ich twarze, co nadawało pannom tajemniczego uroku. Na polanę wskoczył nagle młody woj. Zza jego ramienia wystawał kołczan wypełniony strzałami, a w dłoni pewnie trzymał łuk. Młodzian mrugnął wesoło do zgromadzonych i oparł broń o pień. Następnie z błyskiem w oku wyciągnął rękę do najbliższej, a zarazem najniższej driady. Panny, zaprzestawszy tańca, patrzyły na przybyłego z ciekawością. Najniższa z wahaniem podała wojowi swoją dłoń. Ten ucałował ją delikatnie, a następnie gwałtownie przyciągnął dziewczynę do siebie. Jego ręce spoczęły na jej talii. Moment później młodzian podniósł driadę do góry i zakręcił się wraz z nią. Jasne włosy przetykane zielonym nićmi rozwiały się zjawiskowo pod wpływem ruchu. Publiczność nagrodziła całą scenę brawami i okrzykami. Właściwie dominowały głosowe oznaki uznania, jako że większość zebranych w dłoniach trzymała smartfony lub aparaty fotograficzne i z zaangażowaniem uwieczniała każdy moment, odkąd na leśną polanę wkroczyły trzy skąpo ubrane driady.
W tym roku w jednej z konwentowych hal stanęły trzy scenografie, które zgodnie z przewidywaniami cieszyły się sporym zainteresowaniem cosplayerów, jak i fotografów. Obok leśnej polany wprowadzał mroczny nastrój ciemny loch wypełniony niepokojącymi oparami oraz szkieletami wyskakującymi z najniewinniej wyglądającego kąta. Jeszcze dalej znajdowała się wizja futurystycznego miasta, przy której akurat zebrało się kilkoro fanów Gwiezdnych Wojen. Wysoki, szczupły chłopak w brązowym płaszczu rycerza Jedi uniósł właśnie swój plastikowy miecz świetlny, udając, że szykuje się do walki. Cosplayer miał bardzo jasne włosy rozwichrzone tak, jakby dopiero co spędził godzinę na porywistym wietrze. Stojący obok brunet w ciemnym stroju starł się z nim w inscenizowanym pojedynku. Błękitne ostrze spotykało się raz po raz z czerwonym. Parę osób dopingowało walczących ze śmiechem. W pewnym momencie mroczny rycerz wyciągnął dłoń w geście duszenia. Jasnowłosy chłopak dramatycznie złapał się za szyję, wypuszczając broń. Przez dłuższą chwilę udawał rozpaczliwą walkę o życie, aż osunął się na podłogę. Jego przeciwnik dumnie ukłonił się widzom, po czym pomógł wstać koledze. Przybili sobie piątkę.
Blondyn uniósł głowę, a nasze spojrzenia się spotkały. W przenikliwych oczach nieznajomego zdawały się wirować odcienie szarości. Poczułam się nieswojo. Pospiesznie odwróciłam wzrok, lecz tamten chyba wciąż na mnie patrzył. Wstałam zdecydowanie i ruszyłam schodami na górę. Wkrótce skryłam się w tłumie konwentowiczów podziwiających cuda oferowane tu na różnych stoiskach. Uczucie zagrożenia zniknęło, gdy szłam wśród fantastycznych barw oraz w szumie setek rozmów. Zerkałam na kolorowe koszulki, kubki i inne gadżety z symbolami znanymi z filmów czy gier. Oryginalna biżuteria kusząco odbijała światło. Sprzedawczyni w wiedźmiej sukni nadawała niepokojącego klimatu straganowi pełnemu tajemniczo wyglądających fiolek. Zaraz obok liczne zębatki zdobiły skórzane bransoletki, notesy czy torby. Zresztą warto było patrzeć na sam zebrany tłum. Właśnie minął mnie pstrokato ubrany błazen. W następnej chwili musiałam odsunąć się, by przepuścić grupkę przyjaciół w obszarpanych, post-apokaliptycznych strojach, trzymających wielkie wyrzutnie oraz strzelby. Obejrzałam się za nimi z zaciekawieniem. Na tyle kurtki jednego z nich zobaczyłam naszywkę przedstawiającą kufel pełen piwa.
Gdy znów się odwróciłam, prawie wpadłam na trzy driady, które wcześniej widziałam.
- Hej! - odezwała się wesoło jedna z nich. - Wspólne zdjęcie?
- Masz super włosy – dodała druga. - To peruka czy farba?
Uśmiechnęłam się, nieco zaskoczona tym spotkaniem. Owszem, pod względem przebrania pasowałyśmy do siebie. Wszystkie cztery nosiłyśmy eteryczne, zwiewne spódnice oraz krótkie bluzki – bardziej biustonosze właściwie.
- Tajemnica – odparłam tylko, na co tamte ze zrozumieniem pokiwały głowami.
Ustawiłyśmy się razem, a towarzyszący driadom chłopak zrobił nam kilka zdjęć. Odwrócił następnie aparat wyświetlaczem do nas, byśmy mogły zerknąć na efekt. Trzy driady miały o wiele okazalsze stroje niż mój, wzbogacone o drobne, lecz istotne dodatki takie jak opaski na głowę czy skórzane bransolety. Ich włosy za to nie mogły się równać z moimi, wręcz płomiennymi pasmami, które zdawały się lśnić własnym blaskiem.
- Super, dzięki! Wrzucimy to do sieci.
- Nie ma sprawy. Również dziękuję. - Skinęłam im głową.
- Driady muszą trzymać się razem, co nie?
Położyły swoje dłonie jedna na drugiej, a ja ze śmiechem do nich dołączyłam. Kątem oka dostrzegłam, że ich kolega skorzystał z okazji, by zrobić jeszcze parę zdjęć.
- Musimy lecieć, do zobaczenia! - oznajmiła ta pierwsza.
Pomachałam im na pożegnanie, a po chwili zniknęły w tłumie. Leniwie podeszłam do barierki, by spojrzeć w dół, gdzie tłoczyło się jeszcze więcej stoisk. Postacie z różnych uniwersów mijały się w alejkach. Przesunęłam wzrok poza targi do trzech scenografii. Przed leśną polaną stał tamten jasnowłosy chłopak i rozmawiał z dziewczyną w zbroi mandaloriańskiej. Hełm trzymała pod pachą, więc nic nie zakrywało krótkich, soczyście zielonych włosów. Nagle dziewczyna rozejrzała się. Cofnęłam się gwałtownie, przekonana, że próbuje mnie wypatrzeć. Zganiłam się w myślach. Dlaczego tak wariowałam? Zwykli konwentowicze. Niby dlaczego mieliby się mną interesować?
Ruszyłam znów dalej. Nagle – mimo szumu rozmów, okrzyków, nakładających się dźwięków kroków i ogólnego zgiełku – usłyszałam delikatne dzwonienie. Znieruchomiałam. Parę osób musiało gwałtownie skręcić, by mnie wyminąć, ale uniknęłam nieprzyjemnych słów. Mój wzrok wręcz został przyciągnięty do stoiska z biżuterią. Na wieszaczku wisiała bransoletka z maleńkich miedzianych listków nanizanych na gruby rzemień. To one dzwoniły. Ktoś musiał je potrącić, a teraz uderzały jeszcze o siebie nawzajem. Stałam, nie mogąc odwrócić spojrzenia, póki listki nie przestały się poruszać. Jak zaczarowana, podeszłam do stoiska i kupiłam bransoletkę. Gdy znalazła się na moim nadgarstku, urok wcale nie przestał działać. Nie mogłam zebrać myśli. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, a wszystkie dźwięki zdawały się dochodzić z oddali. Nie zamierzałam jednak zdejmować bransoletki. Wypełniał mnie żar. Mimo wiele odsłaniającego stroju zrobiło mi się gorąco, aż zapragnęłam zrzucić z siebie wszystko.
Potrząsnęłam głową. Odetchnęłam głęboko raz, potem drugi. Ochłonęłam wystarczająco dopiero po kilku łykach zimnego napoju z żelkowymi bąbelkami, który sprzedawali zaraz obok. Sącząc go przez rurkę, opuściłam halę, by przespacerować się na świeżym powietrzu. Chwilę temu, gdy tak dziwnie się poczułam, musiało zachodzić słońce. Teraz robiło się coraz ciemniej, lecz wcale nie brakowało konwentowiczów. Na niewielkim placu szykował się do pokazu zespół wykonujący akrobacje z ogniem. Uderzył mnie zapach dymu. Płomienie migotały w narastającym mroku. Na twarzy poczułam gorący oddech. Barierka uderzyła mnie w pierś. Otrząsnęłam się, nagle zdając sobie sprawę, że zupełnie nieświadomie przeszłam spory kawałek drogi i znalazłam się tuż obok rozpalonego ogniska odgrodzonego barierkami. Cofnęłam się pospiesznie, a płomienie jakby przygasły zawiedzione. Niedaleko dwóch chłopaków ćwiczyło układ z łańcuchami zapalonymi na końcach. Całą siłą woli odwróciłam wzrok.
Udałam się w przeciwnym kierunku, byle szybciej, byle wrócić do normalności. Z jednej z dużych hal dobiegła mnie głośna muzyka. Uznałam, że mogę spędzić wieczór na koncercie. Gdy się zbliżyłam, przekonałam się, że piosenki nawiązują do starych czasów. Zajęłam miejsce z tyłu, słuchając o wiłach kuszących mężczyzn w Noc Kupały. Zdołałam chwilowo zapomnieć o dziwnych przypadkach tego dnia, lecz nie trwało to długo. Wkrótce spostrzegłam niedaleko rosłego chłopaka. Czarna koszulka ze srebrnym wilkiem ciasno opinała nieźle zbudowaną klatkę piersiową. Nieznajomy patrzył prosto na mnie. Dzikość w jego oczach sprawiła, że instynktownie wbiłam się głębiej w plastikowe krzesło. W efekcie straciłam równowagę i wywróciłam się do tyłu. Boleśnie trafiłam łokciem o podłogę, lecz szczęśliwie nic więcej nie ucierpiało. Siedząca obok dziewczyna z troską pomogła mi wstać i upewniła się, że wszystko w porządku. Podziękowałam, zapewniając, że jestem cała. Obity łokieć w końcu się zagoi. Gdy spojrzałam znów na chłopaka w czarnej koszulce, ten obserwował koncert. Westchnęłam ciężko. Naprawdę wariowałam.
Uznałam, że lepiej po prostu zakończyć ten dzień. Niezbyt późna pora pomoże mi chociaż ominąć największe kolejki pod prysznic. Nie pomyliłam się w tych rachunkach i już godzinę później, świeża i pachnąca, wracałam na swoje legowisko w wielkiej hali noclegowej. Na moim śpiworze leżała szara karteczka. Podniosłam ją ze zdziwieniem. Czarnym atramentem wypisano skandynawskie runy. Znałam ich kilka wersji i żadna nie pasowała do tego tekstu, lecz na bazie podobieństwa udało mi się odszyfrować wiadomość: „Wiem, kim jesteś. Przyjdź na plac zabaw rycerskich.”. Przeklęłam pod nosem. Ten dziwny dzień miał się skończyć! Ze złością podarłam karteczkę i usatysfakcjonowana obserwowałam opadające szare kawałeczki przypominające popiół. Moment później uświadomiłam sobie, że nie powinnam śmiecić. Z mniejszym entuzjazmem zebrałam więc resztki kartki i wyrzuciłam do kosza. No i koniec. Teraz wystarczy spokojnie się wyspać, a jutrzejszy dzień powita mnie normalnością.
Ułożyłam się wygodnie w śpiworze. Nie dość, że jeszcze nie wyłączono świateł, po hali niósł się szum mieszających się głosów, na który nakładało się stukanie nielicznych naczyń oraz szelesty śpiworów. Z rzadka ktoś krzyknął coś głośno lub potwornie fałszując, wykonał jakąś przyśpiewkę. Dominował jednak ten jednostajny szum, z którego nie dało się wychwycić żadnych słów. Gdy zmieniałam pozycję, zadzwoniły miedziane listki na bransoletce, która wciąż zdobiła moją dłoń. W dalszym ciągu nie chciałam jej zdejmować.
Część świateł została w końcu zgaszona, a konwentowicze zaczęli zachowywać się nieco ciszej. Szum zdawał się wręcz kołysanką, która uspokajała niepokorne, szalejące myśli. W szumie rozległ się szept: „ognica – złośnica”. Przewróciłam się na drugi bok, delikatnie podzwaniając bransoletką. „Ognica – złośnica” - rozbrzmiało znowu. Zacisnęłam powieki ze złudną nadzieją, że to odpędzi omamy nawet słuchowe. „Lepiej się jej strzeż” - zanuciło coś tuż przy moim uchu. Otworzyłam oczy. Leżałam sama. Karimatę dalej chłopak z dziewczyną cichutko dzielili się herbatą z termosu i wątpiłam, by to oni robili mi głupie dowcipy. Przymknęłam znów powieki. Leżałam jeszcze trochę nerwowo, aż udało mi się uspokoić i zatonąć w sen.

Ognica – złośnica!
Płomienna obietnica.
Nocna tajemnica.
Lepiej się jej strzeż!

W oczach tańczą dziko płomienie,
Co skażą cię na potępienie.
Dobrze wie, jak taniec jej działa,
Spowita w ognisty blask cała.

Biegnie, gdy zachodzące słońce barwi czerwienią cały las. Trawa i mech łaskoczą jej bose stopy. Ogniste włosy sypią iskry w narastającym mroku. Szczupłe ciało osłania lniana, przetarta koszula sięgająca ledwie połowy uda. Ale dziewczyna nie czuje chłodu. Wzywa ją żar pierwszego zachodu słońca po przebudzeniu.
Rozpościera ręce. Migoczą płomyki tańczące na jej palcach. Wilgotne powietrze wciska się do jej płuc, lecz wydostaje się ogrzane. Biegnie, nie czując zmęczenia. Słońce zaszło. W ciemności lśnią jej włosy i drobne iskry przeskakujące po ciele.

Ognica – złośnica!

Powstrzyma psoty oraz szkody
Napitek i coś do osłody,
By schowała się na rok cały,
Przyszła tylko na Nocy Kupały.

Płomienie strzelają pod samo niebo upstrzone gwiazdami. Na trawie leżą częściowo opróżnione butelki z gorzałką i misy pełne okruszków po słodkich ciastkach. Pot lśni na nagich ciałach dziewcząt tańczących wokół ogniska w rytm muzyki lasu i ognia. Wirują, pieszczotliwym gestem głaszcząc płomienie. Goreją ich zamglone oczy.

Ognica – złośnica!

Jeśli zwiedziesz się jej urodzie
I choć raz o słońca zachodzie
Ust jej gorących posmakujesz,
Już się nigdy nie uratujesz.

Wymyka się z bezpiecznego schronienia, w którym powinna zostać do najgorętszej nocy. Biegnie lekko, cicho. Gałęzie zdają się od niej oddalać, jakby obawiały się żaru. Gdy słońce chyli się ku zachodowi, dociera na małą polankę nad jeziorem. Wpada w objęcia czekającego tam młodzieńca. Kręcą się razem i obejmują. Gdy młodzieniec próbuje ją pocałować, dziewczyna odsuwa się gwałtownie.
- Jeszcze nie – przypomina mu cicho, wskazując na zachodzące słońce.
Ten jednak próbuje pochwycić dziewczynę, aby sięgnąć jej ust. Nie potrafi dopiąć swego, aż nie obejmie ich czerń nocy. Dopiero wtedy całują się czule, potem namiętnie. Jego dłonie błądzą po jej gorącym ciele. Jej oczy błyszczą w mroku. Młodzieniec przerywa na chwilę.
- Mam coś dla ciebie – szepcze jej do ucha.
Nakłada jej na rękę bransoletkę z miedzianych listków. Dziewczyna potrząsa dłonią, wywołując delikatnie dzwonienie. Uśmiecha się radośnie i całuje znów chłopaka.
- Kocham cię – mówią do siebie w tym samym momencie.

Ognica – złośnica!

Jeśli nie zatańczysz z nią w nocy,
Ujrzysz siłę żarliwej mocy.
Ognista duma urażona
I na nic zda się twa obrona.

Wymyka się na polanę przy jeziorze. Nikt na nią nie czeka. Stoi, aż zachodzące słońce nie zniknie za horyzontem, lecz nadal jest sama. Rusza biegiem przez las. Miedziane listki podzwaniają na jej nadgarstku. Ukryta przez mrok, dociera do wioski. Z jednej z chat dobiega dziecięcy śpiew: „Nocna tajemnica. Lepiej się jej strzeż!”. Krzywi się, ale nie zatrzymuje. Bezszelestnie obiega wioskę, wypatrując młodzieńca.
Nagle czuje szept ognia. Słyszy go. Wzywa ją. Skręca gwałtownie. Wolniejszym krokiem idzie za głosem. Wkrótce między krzewami dostrzega ledwie widoczny poblask latarenki. Zbliża się ostrożnie. Nad brzegiem rzeczki widzi młodzieńca i wioskową pannę. Całują się namiętnie. Jego dłoń wciska się pod jej sukienkę.
Krzew koło dziewczyny zapala się z głośnym trzaskiem. Młodzieniec i panna odrywają się od siebie. Przerażony młodzieniec patrzy na dziewczynę, odsuwając pannę do tyłu.
- Nie denerwuj się… - mamrocze, lecz przerywa na widok płomieni wspinających się od palców po rękach dziewczyny.
Jej oczy goreją. Kolejny krzew zajmuje się od iskier wyrzucanych przez falujące dziko włosy. Młodzieniec chwyta pannę za rękę i ucieka za rzekę. Dziewczyna go nie ściga, nie musi. Jego latarenka wybucha rozwścieczonym ogniem.

Ognica – złośnica!
Płomienna obietnica.
Nocna tajemnica.
Lepiej się jej strzeż!

Obudziłam się gwałtownie, rozpalona snem. Przetarłam spocone czoło. Nie cierpiałam tych koszmarów. Najwyraźniej za dużo się wczoraj działo i stąd niespokojna noc. Zapatrzyłam się w wysoki sufit hali. Zdałam sobie sprawę, że nie słyszę żadnych rozmów. Najwyraźniej nadeszła ta magiczna chwila, gdy wszyscy konwentowicze usnęli. Echo niosło jedynie równe oddechy, pochrapywania oraz szelesty śpiworów. Senne obrazy rozwiewały się stopniowo, aż pozwoliły mi zdrzemnąć się jeszcze trochę.
Rano powitał mnie znów zwyczajny szum. Jadłam bułkę z dużą ilością kremu czekoladowego, obserwując innych pożywiających się konwentowiczów, nieszczęśników stojących w kolejce pod prysznic oraz cosplayerów nakładających czasem dość skomplikowane stroje. Czułam się rozluźniona i radosna, póki mój wzrok nie padł na parę szarych skrawków papieru, które musiałam wczoraj przeoczyć. Przypomniał mi się tajemniczy napis. Spróbowałam szybko wypchnąć go z myśli, lecz nie okazało się to łatwym zadaniem.
Dzisiaj nie miałam ochoty rzucać się w oczy, więc włożyłam zwykłe bojówki i bluzę. Włosy wciąż mogły przyciągać wzrok charakterystycznym kolorem, lecz ostatecznie wiele dziewczyn tutaj miało pasma o dziwnej barwie. Złapałam je gumką, by przynajmniej zajmowały mniej miejsca. Wykrzesując z siebie entuzjazm na nowy dzień, wyszłam z hali na ciepłe, wiosenne powietrze. Przed południem zagościłam na kilku prelekcjach, lecz po głowie wciąż krążył mi obraz znalezionej wczoraj kartki. W końcu się poddałam i udałam na plac zabaw rycerskich. Znajdował się tutaj przede wszystkim tor przeszkód nawiązujący do średniowiecza, lecz organizatorzy postarali się także o dodatkowe atrakcje takie jak równoważnia, na której dwóch śmiałków okładało się workami z pierzem. Dominował śmiech i głośne okrzyki dopingujące tych, którzy postanowili skorzystać z przygotowanych wyzwań.
Rozejrzałam się, nie wiedząc, czego powinnam szukać. Przy kępie klimatycznego siana spostrzegłam zielonowłosą cosplayerkę w zbroi mandaloriańskiej, rosłego chłopaka w nieco innej niż wczoraj czarnej koszulce z wilczym symbolem oraz urokliwą blondynkę delikatną niczym pojedyncze źdźbło zboża. Rozmawiali o czymś z ożywieniem. Pospiesznie wycofałam się gdzieś w głąb tłumu, by na wszelki wypadek zniknąć im z oczu.
Jakby prowadziło mnie przeznaczenie, już moment później stanęłam przed grubym słupem, na którym prócz plakatów fantastycznych inicjatyw znajdowała się znajomo wyglądająca szara kartka. Podobne runy kryły równie niejasną wiadomość: „Znam twoją tajemnicę. Przyjdź do prawego skrzydła hali trzeciej.”. Westchnęłam ciężko. Nie wiedziałam, co się działo, ale postanowiłam pójść tym tropem. Rozejrzałam się z niepokojem, lecz w tej chwili nikt nie zdawał się mnie obserwować. Wcisnąwszy dłonie do kieszeni bluzy, ruszyłam do hali trzeciej. Niedługo później zeszłam po schodach do prawej, nieco ukrytej części, którą przy odrobinie dobrej woli można nazwać „skrzydłem”. Powitał mnie pusty korytarz oraz samotne drzwi do sali prelekcyjnej. Nad klamką przyklejono spory napis: „Nie przeszkadzać! Trwa LARP!”. Zbliżyłam się do powieszonej obok rozpiski punktów programu odbywających się w tym miejscu. Gdy przeczytałam „Wiem, kim jesteś – LARP w klimacie skandynawskich kryminałów”, dostałam ataku histerycznego śmiechu. Te kartki zapraszały na grę fabularną. Zapewne komuś po prostu wypadł egzemplarz przy moim śpiworze. A ja głupia się tym przejęłam. Z szerokim uśmiechem na twarzy opuściłam halę i udałam się wesoło po świeżutkie, jeszcze ciepłe, słodkie ciastka.
Resztę dnia spędziłam, radośnie biegając po terenie konwentu i siedząc na co ciekawszych wykładach. Już pod wieczór trafiłam na prelekcję poświęconą tematowi Nocy Kupały w popkulturze. Zajęłam miejsce nieco z tyłu. Kolejne krzesła zapełniały się przybywającymi konwentowiczami. Gdy akurat zerkałam na wejście, ujrzałam chłopaka z rozczochranymi, jasnymi włosami. Podobnie jak wczoraj, miał na sobie brązowy płaszcz Jedi, lecz spod niego wystawały zwykłe dżinsy oraz koszulka. Brakowało również miecza świetlnego. Poczułam ukłucie niepokoju. Przerażenie nadeszło, gdy chłopak usiadł bezpośrednie przy mnie. Odetchnęłam powoli. Przecież nie miałam powodów do obaw.
Dwie prelegentki wprowadziły beztroski nastrój, który udzielił się także mnie. Szczególnie, że chłopak obok śmiał się sympatycznie i czasem rzucał żartobliwe uwagi. Gdy wykład się skończył, razem wyszliśmy z budynku. Właśnie zaczynało zachodzić słońce. Mimo chłodu zrobiło mi się gorąco, więc zdjęłam bluzę i zawiązałam ją w pasie. Roześmiałam się, gdy mój towarzysz opowiedział kolejny głupi dowcip nawiązujący do Nocy Kupały.
- Jestem Świemił – oznajmił nagle, wyciągając do mnie rękę. - A ty… - Zerknął na mój konwentowy identyfikator zawieszony przy pasie – Myla?
- To skrót… w pewnym sensie – mruknęłam, nieco onieśmielona.
- Miło mi cię poznać, Myla – rzekł wesoło.
Jego uśmiech sprawił, że dobry humor powrócił.
- Ciebie również – odparłam uprzejmie, ściskając jego dłoń. - Więc… gdzie podziałeś swój miecz? - zagaiłam.
- Ach, zostawiłem w hali… to znaczy… - Odchrząknął. - W świątyni Jedi, oczywiście – dokończył głosem pełnym powagi.
- Oczywiście – przytaknęłam z rozbawieniem.
Szliśmy leniwym krokiem między halami. Słońce jeszcze zachodziło, choć w środku miasta nie czuło się tego szczególnie.
- A gdzie ty zostawiłaś swój uroczy strój? - zrewanżował się Świemił.
- Ten jest… wygodniejszy – wymamrotałam, znów tracąc rezon.
- Ale w tamtym wyglądałaś ślicznie… Co nie znaczy, że teraz nie wyglądasz ślicznie – poprawił się szybko żartobliwym tonem.
Nawet nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Spuściłam wzrok, a w następnej chwili poczułam na ustach smak jego warg. Czerwień zachodzącego słońca rozgorzała w mojej piersi. Włosy ożyły, sypiąc iskry. Na moment moja pierwotna natura przejęła pełnię kontroli, rozkoszując się pocałunkiem, lecz zaraz przerażenie zdominowało wszystko inne. Panicznie odepchnęłam od siebie chłopaka, choć wiedziałam, że już na to za późno. Lękliwie spojrzałam na jego twarz, gotowa na widok czarnych, pustych oczy. Naprawdę nie chciałam odebrać życia tego chłopaka poprzez uczynienie z niego niewolnika moich życzeń. Nigdy dla nikogo tego nie chciałam. Tymczasem ukazały mi się oczy wypełnione powietrznym wirem, a usta uśmiechały się bezczelnie. Mimowolnie cofnęłam się o krok. Chciałam coś powiedzieć, lecz ostatecznie żadne słowo nie przeszło mi przez gardło.
- Nie bądź zła – poprosił głosem, któremu trudno było się oprzeć. - Musiałem się upewnić, że moje podejrzenia są słuszne. Poza tym… nigdy nie miałem okazji pocałować ognicy.
- Ale… Ty… - wydukałam i znowu zamilkłam.
- Tak. - Skinął głową. - Musiałem to zrobić teraz, żeby wywołać u ciebie odpowiednią reakcję. Nie sądziłem, że tak cię to przerazi. Sądziłem, że niewolenie chłopców to dla was nic nadzwyczajnego.
- Nie robię tego – wycedziłam ostro.
- Dobra, dobra – zgodził się ugodowo. - Ale bez obaw. Na mnie nie zadziała.
Przyjrzałam mu się podejrzliwie. Uśmiechnął się szerzej, a nagle mocny wicher uderzył mnie w twarz i wyrwał spod gumki płomienne kosmyki.
- Gdy ja jestem na konwencie, możesz być spokojna, że nie zacznie padać w nieodpowiednim momencie – rzucił znacząco. - Chodź, poznasz resztę. Rozluźnisz się. Jest tu fajne miejsce niedaleko.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, bezceremonialnie złapał moją dłoń i pociągnął mnie za sobą. Nawet z tym nie walczyłam. Dałam się poprowadzić poza obręb konwentu, aż do pobliskiego baru. W półmroku nadawały klimatu fantazyjnie ułożone lampki oraz świeczki. Przy stołach siedziało sporo konwentowiczów popijających piwo i drinki. Unoszący się w powietrzu dym przemieszany z zapachem alkoholu przywoływał wspomnienia.
Świemił stanął przed jednym ze stołów i przyciągnął mnie bliżej.
- To Myla – przedstawił mnie zebranemu towarzystwu.
Ujrzałam znajomą dziewczynę o krótkich, soczyście zielonych włosach, która zastąpiła zbroję krótką sukienką w liściasty wzór. Obok siedziała blada blondynka – ją również już widziałam. W tym ciemnym pomieszczeniu jej jasna cera zdawała się wręcz chorobliwa. Odczucie to potęgowała jeszcze biała koszula z kaszubskim wzorem. Z uszu dziewczyny zwisały kolczyki w kształcie kłosów zbóż. Przy stole nie zabrakło rosłego chłopaka o aurze dzikości, z wilczym symbolem. Teraz doszłam do wniosku, że ten symbol mógł nawiązywać nie tylko do pewnego białowłosego wojownika.
Uśmiechnęłam się nieśmiało. Powietrze między nami zadrgało, gdy pozwoliliśmy sobie na ujawnienie choć odrobiny naszych skrytych natur. W półmroku nikt nie zwrócił uwagi na osobliwe oczy pięciorga konwentowiczów.

piątek, 10 marca 2017

Zawieszenie

Hej! Nadeszła ta chwila... Zawieszam bloga. Zawsze chciałam prowadzić takiego bloga i fajnie było to robić, ale zwyczajnie nie starcza mi czasu, a małe zainteresowanie nie daje wystarczającej motywacji. Łączę pracę z dziennymi studiami, co nie jest najłatwiejsze. Piszę pracę magisterską, a do tego dochodzą różne kwestie osobiste, które również wymagają poświęcenia pewnej ilości czasu. Koniec końców zostaje go naprawdę niewiele... Tymczasem nie chcę wrzucać byle czego. Gdy np. zamieszczałam tu post w rodzaju artykułu o jakimś temacie, zawsze szukałam w sieci informacji i potwierdzenia tego, co sądzę, że wiem. Po prostu, jak coś robię, chcę to robić dobrze. A obecnie zupełnie brakuje mi na to siły. Cały zapał przeznaczam raczej na pracę magisterską, którą chciałabym oddać w terminie i zakończyć studia. Czasem jeszcze znajdzie się chwila i wena, by skrobnąć jakieś opowiadanie, ale i to bardzo rzadko.

Także... cóż, zawieszam bloga. Czy powrócę do niego po skończeniu magisterki? To się okaże, nic nie mogę obiecać. Na pewno nie napiszę jednak "żegnajcie", tylko "do zobaczenia" ;)

Gorąco dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądali, szczególnie tym, którzy zostawili po sobie ślad, a już najbardziej tym, którzy zostawili po sobie niejeden ślad. Dzięki!

Zawieszenie bloga nie oznacza jednak odejścia z sieci :)

Możecie skontaktować się ze mną przez facebooka: Anna Anelis Telis

Pozostaje również aktywny fanpage, na którym zamierzam jeszcze co jakiś czas napisać może mały post o bieżących sprawach: Spod czerwonego kapturka

Zapraszam również na dość świeży kanał na YouTube (Anna Telis), gdzie spełniam się w innej swojej pasji, czyli montowaniu (i generalnie tworzeniu) filmików. Może się to wydać dziwne, ale montowanie jest wręcz dla mnie odprężające, podczas gdy pisanie czegokolwiek jest znacznie bardziej wymagające :P

Jeżeli w międzyczasie skrobnę jakieś opowiadanie warte opublikowania, znajdziecie je na stronie fantastyka.pl, gdzie publikę jako Anelis.

I oczywiście zamierzam pojawiać się na konwentach, gdzie może także czasem poprowadzę jakąś prelekcję. Zależnie od możliwości, planuję Pyrkon i Polcon, a może uda się jeszcze np. Copernicon albo jakiś festiwal. Także rozglądajcie się Czerwonym Kapturkiem w różnych postaciach ^^